“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

poniedziałek, 2 lipca 2012

z powrotem spowrotem

Zachłanny powrót do pracy z ciałem, połączony z ponowną lekturą Podróży z Herodotem Kapuścińskiego. Właściwie to bardzo, ale to bardzo rzadko to robię - czytam jakąś książkę po raz drugi od początku do końca. Zawsze wydawało mi się to stratą czasu, przecież jest tyle do przeczytania, na pewno nie starczy mi życia żeby przeczytać to wszystko, co bym chciała. Ale pomyślałam sobie, że właściwie czemu czynię taki wyjątek dla książek? Wracam codziennie do tych samych czynności, powtarzam te same ćwiczenia fizyczne, oglądam po kilka razy te same filmy, gotuję (to już nie tak często) te same potrawy. I za każdym razem coś się zmienia, coś jest inaczej. Tak i teraz, Kapuściński smakuje inaczej. Zaskoczona tym, że znajduję zupełnie nowe rzeczy w tym samym tekście. I że prześlizguję się lekko wzrokiem po tych rzeczach, które kiedyś budziły mój ogromny podziw i fascynację.
O przekraczaniu granic. U Kapuścińskiego zawsze ten głód, potrzeba, fascynacja, niezależnie od tego, po której stronie i jakiej granicy się znajduje. I poszerzenie tego pojęcia, nie tylko o granice geograficzne, ale też językowe, czasowe... Dla mnie powrót do głębokiej i szerokiej pracy teatralnej z ciałem to zaspokojenie tej żyjącej i we mnie potrzeby przekraczania granic. Apatia i zniechęcenie, jakie wywołało we mnie bycie spowrotem uratowała podróż w krainę potu, surrealizmu, skurczu mięśni, kontragrawitacji, eksplorowania swojej fizyczności do momentu wyjścia z własnego codziennego ciała. Zapomniałam o tych granicach, o tych przestrzeniach, polach działania, ślepych zaułkach. Mimo że wszystko to mam codziennie ze sobą. Dużo się zmieniło odkąd tam ostatnio byłam. Tak, jak i w powrotach do innych krain, przyjazd po okresie, gdy można było złapać dystans do przestrzeni, nabrać innych doświadczeń - zawsze przyjemniejszy. Przyjemne poczucie, jak wiele się zdarzyło, jak wiele się nauczyłam, jak pewniej się czuje, jak zdobyte przez ten czas nieobecności doświadczenia pomagają teraz w nowej podróży (mimo że nie były pod jej kątem zdobywane). I jak wiele jeszcze w tej znanej już przestrzeni jest jeszcze do odkrycia. Jak każda, nawet ograniczona geograficznie czy fizycznie przestrzeń może pęcznieć, rosnąc, rozszerzać się; w nieskończoność. Fascynacja tym zjawiskiem, zauroczenie uciekającym wciąż króliczkiem, coraz to nowym zakrętem, nową drogą tuż za szczytem...
Ważne odkrycie: elementu, który zawsze chwieje moją równowagą - akceptacji. I doceniania tego, co już jest, co już mam, w taki sposób, by stanowiło punkt wyjścia do dalszej pracy. Zadowolenie, nie pozwalające na odpoczynek a wzmacniające apetyt na więcej, lecz bez zachłanności, bez zaślepienia, zapatrzenia w odległy cel. Czy w ogóle istnieje coś takiego jak cel? Czy można go zobaczyć? Uchwycić? Określić? Skoro tak wiele jest do odkrycia, jak mogę mierzyć w coś, co za chwilę może okazać się czymś zupełnie innym? Zmienić kształt? Okazać się wierzchołkiem góry lodowej?
Ciągły strach przed lenistwem, poczucie że za mało robię, myślę, patrzę, zastanawiam się, szukam. Próba racjonalnego przekładania tego na konstruktywne plany i działania, a nie destruktywne wyrzuty sumienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz