“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

niedziela, 29 stycznia 2012

Jak zwykle fascynująca lektura Baumana, niezwykle gęsta, zmuszająca do ciągłej, wytężonej uwagi, zawsze prowadząca do wielu odniesień. Dla mnie najlepsza inspiracja, pożywka dla myśli, motywacja do rozwoju. Jednym z niewielu niemożliwych do zrealizowania marzeń, jakie mam jest chodzenie chodź przez jeden semestr na jego zajęcia na uniwersytecie, nie mówiąc już o pisaniu u niego doktoratu. To byłaby z pewnością jedna z najlepszych przygód, jakie mogłyby mnie spotkać w życiu. Z zapałem rzucam się z powrotem w wir rozwoju intelektualnego, w książki, w analizy, w pisanie. To jedno z tych wyzwań, które ciągle jest dla mnie atrakcyjne, które wciąż sprawia, że czuję się niedostatecznie dobra, niedostatecznie oczytana, niedostatecznie odkrywcza i refleksyjna. I może dlatego jest tak kuszące i pociągające. Bo ciągle stawia poprzeczkę wysoko. I wiem, że będzie tak zawsze, że nigdy nie uda mi się przeczytać wszystkiego i napisać jakiegoś tekstu ostatecznie, tak żeby nigdy już nie wymagał uaktualnień i nowych komentarzy. I uwielbiam rzucać się w tę książkową otchłań prosto z “prawdziwego” życia, z doświadczeń, z praktyki. Tylko w ten sposób potrafię odkrywać i tworzyć, nie mogłabym być jedynie teoretykiem, ani wyłącznie praktykiem. Może stąd moje zamiłowanie do antropologii, bo pozwala pchać się do “buszu” z książką pod pachą.
Cudowne, że zapamiętanie się w jakiejś lekturze może być równie ekscytujące jak podróż w nowe miejsce lub praca nad nowym zadaniem.
Czasami mam nieodparte wrażenie, że to nie ja podejmuję decyzje dotyczące mojego życia. Jakby był to tylko splot przypadków, jak na razie tak bardzo dla mnie przychylny. To nie ja znajduję osoby, w których się zakochuję, one pojawiają się nagle i oznajmiają, że szaleją za mną od jakiegoś czasu albo po prostu zaczynają całować. To nie ja wybrałam swoje pierwsze studia, to nie ja zaplanowałam podróż do Brazylii i Portugalii. To wszystko zdarzyło się w wyniku jakiegoś zbiegu okoliczności, czyjejś sugestii, okazji, opowieści, chwili. Ciągle gdzieś za każdym podjętym krokiem kryje się niejasne przeczucie, wrażenie a nie racjonalna analiza i rzeczowe obmyślanie spraw. Działam spontanicznie. I wychodzę na tym raz lepiej raz gorzej, ale zawsze jakoś wychodzę, raczej na swoje.
I to dzikie uczucie tęsknoty, które czasem czuję. Tak, że rozrywa mi klatkę piersiową. I dopiero od niedawna wiem, że nie wiem za czym tęsknię. Zawsze przenosiłam to uczucie na dziejące się w danej chwili rzeczy. A że tęsknię za nim. Albo za nimi. Albo za Portugalią, albo za Brazylią, albo za przygodą. Ale nie jest tak. Może to tęsknota za samą sobą? Za znalezieniem, dowiedzeniem się w końcu, gdzie chcę być, co chcę robić. Tak naprawdę, czymkolwiek bym się nie zajmowała zawsze gdzieś w podbrzuszu tkwi poczucie, że chciałabym być gdzieś indziej i robić coś innego. Nie potrafię nigdy do końca być tu i teraz. Zdarza mi się to w bardzo niewielu momentach – gdy staram się medytować, gdy gram z kimś capoeira albo ćwiczę jogę, gdy się z kimś kocham.
I tak, zamiast trzech strony pracy magisterskiej napisałam dwa listy i wpis na bloga. A podjęłam dwie godziny temu decyzję, że zajmę się tym pierwszym...

sobota, 21 stycznia 2012

cisza

Doświadzczenie ciszy w zasypanym śniegiem lesie. Leżałam w śnieżnym puchu, naokoło były biało ośnieżone drzewa, z góry wolno spadały białe płatki, lodowato niebieskie niebo przysłonięte było płynącymi równomiernie, białymi chmurami i zasypanymi (na biało) gałęziami.
Śnieg to dla mnie spokój. Żadna bitwa na śnieżne kulki ani narciarskie szuranie nie wywołuje we mnie takiego dreszczu (ekscytacji, fascynacji, zauroczenia?) jak wyizolowana śniegiem leśna ścieżka. Biały, równomierny, spokojny i cichy puch.







czwartek, 12 stycznia 2012

fascinating!

Teraz właśnie stanęła mi przed oczami scena z Jak we śnie, kiedy główny bohater po przygrywce na perksuji mówi "fascinating!". To trochę dziś odkryłam. Choć w zupełnie innej niż w filmie atmosferze.
Że brakuje mi energi, kiedy nic naokoło mnie nie fascynuje. Że w tym tkwi mój motor do działania. Czyżby jednak Oxossi..? Znalazłam to dziś gdzieś między obserwowaniem i próbą dotarcia w dziecięce głowy oraz instynkty mojego psa a wpatrywaniem się w swoje kompletnie nieświadome reakcje na silnie wiejący wiatr, przez który trzeba było przedzierać się w drodze do domu. Znam tak dobrze ten wiatr. Jego zapach, temperaturę, gwałtowne podmuchy przesuwające rower na równoległy pas ruchu. Nie ma go w Portugalii ani w Brazylii. Tam wieje inny wiatr. W tym połnocno - wschodnim jest coś zawsze niepokojącego. Może nagłe, silne zmiany, które przynosi? A może jego zdecydowanie, nieokiełznanie, dzikość. Wieczorny spacer z psem. Ostatnio moja ulubiona część dnia, kiedy na ulicach nie ma już nikogo, nie muszę się przejmować że spotkamy roztrzęsioną nad swoim jorkiem panią, że komuś będzie przeszkadzać groźna postura mojego psa nieuwięziona na smyczy. Ale dziś wyjątkowo inny był ten spacer. Pierwszy raz widziałam tak wysoko postawione uszy i niespokojny trucht u mojej towarzyszki, jak gdyby i ona przeczuwała coś w tym wietrze. Pusty plac naokoło CSW, skrzypienie, pohukiwania, półmrok i ta wilcza dzikość, przerażająco fascynujące. Aż nie chciałam tego psuć ludzkim głosem, przywoływałam psa do siebie tylko gwiżdżąc.
Ale to nie tyko takie momenty. Mam wrażenie, że fascynacja to też trochę wynik własnej inicjatywy, węszenia, napinania cięciwy, wyostrzania wzroku. Czujność, uważność. Czyli znów to samo. Największy zawsze wysiłek, praca, energia generowała się we mnie pod wpływem fascynacji. Inną osobą, lekturą, dyskusją i wymienianiem myśli, pracą nad spektaklem, wyprawą.

środa, 4 stycznia 2012

Żmudna praca odkrywania na nowo przyjemności w najmniejszych gestach i zdarzeniach. Dzień pod hasłem szukania spokoju we wszystkim co się dzieje, czyżby wynik wczorajszej medytacyjnej jogi i długiego stania w niewygodnych pozycjach? Czy rzeczywiście ma to tak szybkie przełożenie na rzeczywistość? Nie wiem, ale czuję się bardziej akceptująca. Pierwszy raz prowadziłam samochód w ruchu ulicznym i pierwszy raz (w końcu) odkryłam na czym polega adho-mukha-svanasana. Dwa wielkie, zaskakujące odkrycia codzienności. Staram się zmienić swój tor myślenia z założenia, że tylko wielkie i ambitne rzeczy dają mi stabilność, pewność siebie i energię do działania. Szukam tego w misce zupy, którą jem, w długich spacerach, przyglądaniu się, znów sporo czytam. Powoli czuję, że mam w środku stabilną siłę do działania. Zaskoczenie tym, jak łatwo było opaść kompletnie z sił i jak trudno je teraz wygenerować. To znaczy. Łatwo mogłabym zerwać się do jakiegoś sprintu znów. Ale zatrzymałabym się szybko, tym bardziej zmęczona. Zaskoczenie tym, jak ważnego dokonałam odkrycia i jak wiele się nauczyłam przez ostatnie kilka miesięcy. Spora, jak na mnie, dawka pobłażania dla samej siebie, strach żeby to nie przerodziło się w lenistwo. Ale też poważniejsze podchodzenie do własnych potrzeb.