“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

wtorek, 14 września 2010

espinho II





espinho

doświadczenie odczuwania zmian które zaszły we mnie samej na stałe. poczucie, ile się zmieniło, jak się zmieniło. zaskoczenie swoimi naturalnymi (?) już teraz odruchowymi reakcjami. myślami w głowie.
powracające poczucie skazania na samotność w tłumie (dekadenckie, romantyczne kreowanie artystycznej rebelianckiej osobowości? chyba nie. bo nie w tych najbardziej dekadenckich i rebelianckich działaniach i przekonaniach sama.) a może po prostu uczę się ciągle, jak funkcjonować samej ze sobą. jestem przerażająco stadnym zwierzęciem, zupełnym przeciwieństwem samotnika. a sama co chwila pcham się w zmianę stada.
doświadczenie pierwszych kroków – dobrze już mi znane, więc zupełnie nie przerażające, a jednak nadal pełne charakterystycznego uroku.
więcej odwagi i wiary w samodzielność tym razem. może dlatego, że to jednak europa (czuć to. w nieokreślony sposób, nie wiem jeszcze dlaczego, ale jest to inne doświadczenie inności niż za oceanem), może dlatego, że wiem już, że poradzę sobie w każdej sytuacji.

pierwszy samotny wieczór, domek w espinho. pięknie. zimna woda ze studni, ogród do pielęgnowania, wszelkie możliwe instrumenty etniczne w środku, puste paczki po tytoniu, cisza, cisza, cisza.
przez pierwsze dwie noce przerażające dla mnie miejsce. niepokojące, pełne dziwnej energii, mimo że czarujące, urocze. bezsenność przeplatana dziwnymi snami. może to obecność innych, jakieś dziwne skrzyżowania nastrojów, energii, doświadczeń i myśli w miejscu o i tak już silnie określonej osobowości.
teraz, samotnie oswajam ten dom. i funkcjonuje nam się zupełnie inaczej razem. miejsce idealne do pisania.
pierwszy bezpośredni kontakt z oceanem. nie przesadzę, jeśli powiem, że mistyczne przeżycie (mimo, że nie cierpię tego słowa i czuję, jak trywialnie brzmi). kłujące saudades w brzuchu połączone z dreszczem najprzyjemniejszego podniecenia, przechodzącym od czubka dużego palca po koniuszki uszu.

tęsknota, saudades
za nieokreśleniem, nowym nie-znalezieniem. bo jeszcze nie mam, nie znalazłam. co śmieszne, poczucie zawodu z tego powodu. że To nie było tutaj, nie czekało na mnie gotowe, aż tylko wysiąde z autokaru i podniosę je z chodnika przy głównej ulicy Porto.
ale dziś w casa viva silne dejávu, co jak zawsze odbieram jako dobry znak.
samotność, którą nie potrafię się rozkoszować – drażniące. nawet teraz, idiotyczna nadzieja, że ktoś zaraz pojawi się u drzwi, zbłąkany wędrowiec, ktokolwiek. czekanie na niedoczekanie. ale może to ta ciągła atencja, to ciągłe czekanie, niespełnienie tym, co jest, co trwa to mój główny motor działania? może to sprawia, że nie mogę siedzieć biernie, nie zmieniać, nie przemieszczać się, nie pytać, nie poznawać.
niespełnienie. to moja klątwa, moja cecha definiująca, cała ja. ciągłe napięcie, ciągłe kierowanie choć ułamka uwagi na to, co dalej, obok, za chwilę, nie tu i teraz.
po myśliwsku ciągle napięta cięciwa. przekleństwo łowcy.
okê arô meu orixá!