“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

środa, 31 marca 2010

cytat z EZ z 15.09.2009

I znów wikłanie się w gęste zarośla emocji. A mnie maczety potrzeba. Ostrej, jak brzytwa, żeby cięła, żeby przede mną mój własny respekt budziła, żeby mnie samą przerażała.

sobota, 27 marca 2010

Out of balance

Okropny stan, kiedy nie da się nic konkretnego zrobić, wykonać żadnej pożytecznej czynności bo ręka z łyżką zastyga nad przypalającą się zupą z powodu nachodzącej nagle głowę refleksji.
Melancholia, saudades, coś...
Z jednej strony stan przepełniony twórczym napięciem, skumulowaną energią, która czeka na skierowanie w odpowiednim celu. Może dlatego instynktownie nie daje się zmarnować na czynności błahe, niedziejowe, teraz nieważne.
Z drugiej dziwne zawieszenie, ziejąca czarna dziura, pustka i rozechwianie.

Eugenio Barba w swojej pracy teatralnej z aktorami posługuje się wykorzystaniem różnych energii ruchu i ludzkiego ciała. Aktorzy trenują technikę osiągania tych energii w codziennym treningu. Jedną z energii jest "out of balance". Świadome wytrącanie ciała w ruchu z równowagi, po to by wykorzystać moment tuż przed upadkiem na wytworzenie nowej energii, nowej jakości i tym samym nie pozwolenie na upadek. Energia taka, wytworzona tuż przed upadkiem ma w sobie niesamowity potencjał, wydaje spektakularne efekty.
W takim właśnie stanie na skraju upadku się znajduję.
Twórcze wytrącenie.

piątek, 26 marca 2010

rozkłot







tektura






we wtorek późnym wieczorem poza domem

Mam dużą potrzebę spójności. Jakby wbrew wszelkim pozorom, a może właśnie przez nie, przy ciągłym moim przemieszczaniu się, ciągłym ruchu i zmianie. Mam dużą potrzebę spójności. Potrzebuję widzieć, że układanka, którą powoli układam jest spójna, że elementy pasują do siebie, że tworzy się z tego COŚ. Mam potrzebę tożsamości.
Ale czy to, że wciąż dopasowuję do siebie klocki oznacza, że klamka już dawno zapadła, że mogę tylko dobierać, odnajdywać już z góry ( a może one były ustalane na dole?) ustalone elementy?
¿¿ Przez kogo dlaczego tak skąd ??
A może ta układanka trwa w nieskończoność i jest nieskończona liczba elementów pasujących i nie? Może mogę ją w nieskończoność rozwijać i przez to zmieniać całościowy obraz? Może ode mnie zależy ile czego w jakim czasie i kiedy dołożę?
Jeszcze nie dawno wrażenie nieodparte, że wiem po co i dlaczego wszystko się dzieje. Dziwne odczucie, że realizuję jakąś drugą daną mi szansę, że wszystko to już kiedyś było, tylko coś poszło nie tak w pewnym momencie, podjęłam jakąś złą decyzję.
Od niedawna wrażenie to zanika. Przed chwilą zastanawiałam się co robię w miejscu, w którym się znajduję, przecież to nijak nie pasuje, nie układa się.
Jestem w dziwnym fragmencie mojej układanki. Dziwnie, niepokojąco oderwanym od reszty. A może po prostu jeszcze nie znalazłam jakiegoś ważnego klocka...

czwartek, 11 marca 2010

Stan potencjalności

Najbardziej podniecający, energetyzujący, intrygujący i przyjemny z możliwych.
Kiedy rzeczy jeszcze się nie dzieją, jeszcze się nie zdarzyły, ale są na skraju zadziania się. Kiedy ma się perspektywy, kiedy ma się wybór i horyzonty otwarte.
Kiedy się czuje w sobie i świecie naokoło potencjał, przeczuwa się nowe, jest się o krok od.
Jest to dziwny stan skłębienia energii, która jeszcze nie jest wydatkowana, ale już zgromadzona. Więc buzuje w środku, rozpiera, energetyzuje, łechcze trzewia od środka.
Jest to stan kompletnie pozytywny, bo jeszcze nic nie może pójść źle, jeszcze nie ma przeszkód. Stoi się na starcie z długą prostą przed sobą. I wszystko się wyrywa do działania.
Krótka chwila, stan raczej liminalny niż permanentny, tym przyjemniej chwilę go przeciągnąć. Tym przyjemniej się nim rozkoszować, bo nie wiadomo, kiedy trafi się znowu, jeśli w ogóle.
Potencjał. Z którego może narodzić się wszystko. Jeszcze w tym stanie wszystko.
Napinam cięciwę... Okê arô!

środa, 3 marca 2010


Na tę ścianę pada to samo słońce, które dziś rano świeciło w moje okno.
Przestaję wierzyć, że zdarzyło się to pół roku w moim życiu.
Zaczyna mi się wydawać, że spędziłam ten czas zamknięta w magicznej kapsule, śpiąc, a mojej podświadomości ktoś wyświetlał film przygodowy.
Gdyby nie to, że po obudzeniu się ściskałam w ręku niebieskie koraliki...
Jestem miliardy czasporzestrzeni od Bahia. I niesie to ze sobą różne rzeczy.
Trochę zaczynam rozumieć kategorię życiowego przełomu. Tyle, że (nie wiem czy to reguła czy tylko mój przypadek) kompletnie nie zauważałam go, kiedy się dział. Dopiero teraz oglądam w lustrze wytatuowany w źrenicach wielki napis SALVADOR DA BAHIA i dziwię się, jak wielkie to ma dla mnie nadal znaczenie i jak wiele rzeczy wywróciło się do góry nogami. Z resztą. Ciągle do tego wracam. Ciągle przeżywam w innych wymiarach ten czas. Ciągle odkrywam (tworzę?) nowe wspomnienia i wrażenia.