“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

piątek, 1 stycznia 2010

Znowu zastanawiam się, jak napisać coś tak, by nie zabrzmiało trywialnie i nie trąciło wyświechtanymi hasłami. Problem z rodzaju, jak życzyć komuś szczęścia nie mówiąc: "powodzenia" albo "wszystkiego najlepszego" - bo to już nic nie znaczy.
Myślę o tym, że najbardziej wartościową, energetyczną i motywującą (chociaż nie największą, najbardziej euforyczną) radość dają niewielkie rzeczy. Niby codzienne choć nie na codzień takie same i powtarzające się. I że często przyjmuje się złą taktykę wiary w cuda. Bo cuda się zdarzają, ale raz na ruski rok i trzeba do nich o własnych siłach dochodzić małymi kroczkami lub przynajmniej tymiż kroczkami pomagać im się przydarzyć właśnie nam. I w tych małych kroczkach znajdować radość i satysfakcję i spokój. Duże wzruszenia nie są dobre - ani pozytywne ani negatywne. Bo potem trzeba zawsze w końcu wrócić do normalnego stanu rzeczy, co nie jest łatwe przy takim wytrąceniu z równowagi. Dlatego może rozsądniej, zdrowiej i przyjemniej przyjmować taktykę długodystansowego biegu. Grabić sobie swój ogródek. Usypywać kupki suchych liści i siać trawę, że się posłużę rolniczymi metaforami. Bo dziś w kinie (tak - byłam w kinie, nawet tam siedziałam w śmiesznych dwukolorowych okularkach) dowiedziałam się z tak zwanej reklamy społecznej (reklamującej de facto UE), że rolnicy są naszą przyszłością i w ich rękach leży los Ziemi. To ja tak na wzór - pograbię sobie swój ogródek. A kiedyś może w nim 100 letni dąb ze zdziwieniem na środku zobaczę.
Zacięcie, wytrwałość, spokój, spokój, spokój.

A poza tym: małych recenzji kinowych ciąg dalszy. Mimo, że to teraz na ustach wszystkich. Avatar.
Cóż mogę powiedzieć - prawie idealnie moje ulubione kino. Stety lub niestety. Kiczowate i bajkowe - aha, takie właśnie dla mnie powinno być, bo idę tam nie po to, żeby oglądać świat zza okna na ekranie, ale żeby widzieć kino.
Ale też silne inspiracje i połączenia ze światem posiadające - kulturowo, antropologicznie i zdaje się że nawet lingwistycznie (ale to chce jeszcze sprawdzić) trafne, prawdziwe i skłaniające do refleksji.
Poza tym - technicznie imponujące (może to niekoniecznie moje ulubione ale robi wrażenie).
Myślę więc o moim brazylijskim avatarze; o europejskiej, postmodernistycznej potrzebie i poszukiwaniach sił wyższych, jedności, natury etc etc. O byciu tam stąd. I o ciągotach tam będąc tu. I o tym, że przeszczepu skóry na czarną sobie nie zrobię i co to w takim wypadku oznacza. Czy to, że zawsze będę dziwolągiem, zawieszonym w niedookreślonej próżni gdzieś pomiędzy, czy że da się gdzieś w tym wszystkim znaleźć jakąś harmonię, złagodzić tęsknoty.
Myślę, że ten film to historia wielu. Choćby Pierre Verger'a. Gloryfikowany, podziwiany dziś na Bahia artysta fotograf antropolog, europejczyk, biały, zakochany w afrobrazylijskiej magii, uwikłany w candomblé. Ale sam mówił, że jest racjonalnym, europejskim tumanem i nigdy nie będzie prawdziwym wyznawcą, nigdy nie będzie do tego zdolny.
Kiedy wracałam z kina - migawka z pierwszych godzin na Bahia. Karaluchy, upał, przerażenie, poczucie odmienności, zagubienie, smród, obcy język, problemy komunikacyjne. Zapach. Ciągle pamiętam zapach mojej pierwszej nocy w Salvadorze.
Zapach zgniłego mięsa, stęchłej wody, jakiś ziół i słodki zapach lekko sfermentowanych owoców. Duszno i lepko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz