“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

sobota, 28 listopada 2009

mistrz

Niedługi czas temu mój brazylijski mistrz przyjechał do mojej grupy, do Warszawy. Aż sama się dziwię, że jeszcze nic o tym nie napisałam, bo emocji, przemyśleń i doświadczeń było sporo. Teraz czuję, jak wszystkie one są już rozprowadzone w moich żyłach, tętnicach, naczyniach włosowatych i komórkach. Za chwilę zaczną parować przez pory skóry. Więc zapisuję teraz, już przepracowane i oglądane z dystansu, póki nie wyparowały.
Najsilniejsze pierwsze wrażenie to mieszanka poczucia odzyskanego bezpieczeństwa, czegoś znanego z poczuciem kompletnego niedopasowania, rozbieżności. Jak tylko zobaczyłam Poloca na lotnisku to przede wszystkim wydał mi się dużo bardziej śniady niż w Brazylii. Tam zawsze był dla mnie biały ( a podział na białe i czarne jest tam silny). Tutaj już zdecydowanie biały nie był. Ciekawe, jak percepcja tych samych rzeczy zależy od tego , gdzie się znajdujemy. Piekielnie od tego zależy.
Po drugie nie mogłam uwierzyć, że on się tu znalazł. Miałam wrażenie dziwnego pomieszania światów, bajek, które wydawałoby się nie miały jak nigdy się zazębić i spotkać. Absurdalnie, bo ciągle gdzieś w tym ich zazębieniu funkcjonuję. Ale chyba dopiero teraz wiem o tym i wiem, jak sobie z tym radzić, jak nie dzielić na "tu" i "tam" i jak korzystać z dwóch różnych doświadczeń, łącząc je i siebie w tym znajdując.
Poloca uczył moją capoeirową grupę rzeczy, które dla mnie były bardzo bliskie, moje, znane i zinkorporowane podczas mojego pobytu w grupo Nzinga w Salvadorze. Dla osób tutaj były nowością. I tu pierwsze pęknięcie, ponowne poczucie stania okrakiem i bycia stąd ale tam i stamtąd ale tu. Moja grupa odniesienia stąd, mój mistrz stamtąd.
Mam wrażenie, że dopiero to przedziwne połączenie światów, jakie zadziało się dzięki temu, że Poloca znalazł się nagle w Warszawie było dla mnie terapią i sposobem na wyleczenie z grożącego mi rozdwojenia jaźni, pomogło mi połączyć doświadczenia we wspólną całość. Najlepszy na to dowód widać w tym, jak zmieniła się moja capoeira angola. Być może dla patrzącego z zewnątrz wielkiej różnicy nie ma, ale ja czuję się w tej grze w końcu spójna. Wiem, do czego dążę i czuję za swoimi plecami.. No właśnie to poczucie CZEGOŚ za plecami. Mistrza? Tradycji? Pewności siebie? Pochodzenia? Źródła? A może to coś dużo prostszego i mniej wzniosłego? Stylu? W każdym razie jest to coś. Czuję, że daje dużo większą równowagę, punkt odniesienia.
Chłonęłam każde słowo, które Poloca wypowiadał. Wiedziałam, że ta magia trwać będzie tylko 7 dni. 7 dni czasu święta, powrotu i planów na przyszłość. Porządkowania, odkrywania doświadczenia na nowo i czerpania nowych z niego rzeczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz