“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

czwartek, 22 października 2009

a kiedy...

Kiedy wrócę ocean będzie niebieski. Intensywnie, głęboko niebieski. Jeszcze nie granatowy, już nie błękitny. Odcinający się wyraźną linią niebieskości od nieba. Na Farol da Barra będzie się na kłębiasto biało kończył, rozbijając o skały. Tak samo, jak zawsze podczas przypływu. Będzie słychać brazylijskie, trochę tandetne, trochę specyficznie tropikalne reggae z małych odtwarzaczy ulicznych sprzedawców biżuterii. Ja będę wiedziała dokładnie, w który autobus wsiąść, żeby dojechać na Alto da Sereia. A tam, w sali na ostatnim piętrze obskurnego budyneczku będzie siedział tata Mutá rozparty na drewnianej ławeczce naprzeciwko wejścia, serdecznie roześmiany, z trzęsącym się brzuchem. Dzieciaki będą zamiatać podłogę, sprzedawać sobie złośliwe kopniaki i bojaźliwe spoglądać na tata, czy nie widzi. Tiago będzie naciągał berimbaus. Przyjdzie Janjá uściska serdecznie każde z dzieci, rzuci surowym okiem na ogół i zniknie w biurze - bibliotece - damskiej przebieralni. Na ulicy będą leżeć śmieci. Na stromych schodach prowadzących w górę dzielnicy będzie odbywać się cowieczorne męskie pijaństwo. Wariatka spod 10 będzie patrzeć spode łba, kiedy będę wspinać się na górę.
I zobaczę znowu horyzont po drugiej stronie świata.
I jak zawsze najdzie mnie refleksja: co ja tu właściwie robię? I po co?
Odetchnę głęboko wilgotnym, słonawym od morskiej bryzy powietrzem. Odpowiedzi na swoje własne pytanie nie znajdę. Jeszcze nie tego wieczoru.

środa, 21 października 2009

nic

Od kilku dni coś próbuję pisać, aż mi się ręce same na klawiaturę wyrywają, ściska coś w środku i rośnie wielka gliniana kulka gdzieś w trzewiach. I nie mogę napisać nic, bo same trywialne myśli przychodzą do głowy. Nic się z tej glinianej kuli nie lepi.
Siedzę wgapiona w ekran i.. nic. Więc chociaż napiszę, że nic nie mogę pisać...

poniedziałek, 19 października 2009

życzenia

żeby mieć jak najwięcej chwil, w których można powiedzieć, że się nie potrzebuje więcej ponad to, co się ma

środa, 14 października 2009

Gram w klasy z cortazarem.

poniedziałek, 12 października 2009

NP

Niepokój niedostatku.
Że wciąż za mało robię, rozglądam się, chwytam.
Ciągły wyrzut sumienia, że nie piszę, nie rozwijam się, nie korzystam, pozwalam sobie.
Ciągłe poczucie, że jeszcze, że to nie tu, żeby dalej, głębiej, inaczej.
Wydłużająca się lista "DO ZROBIENIA" i oczekujących w kolejce zadań, idei, projektów, miejsc do odwiedzenia.
Z jednej strony jak ryba w wodzie, jak myśliwy w lesie w tym.
Z drugiej ciągłe poczucie niespełnienia. Ciągłe polowanie, wytężanie wzroku, napinanie cięciwy.

Okê Arô!

środa, 7 października 2009

a..

ach, jeszcze.
Z serii moich ulubionych, ożywiających dla głowy i odświeżających procesy myślowe dyskusji z J.
O urzeczowieniu, utowarowieniu i automatyzacji.
Ja o duchu. O wyższych bytach, o spirytualiźmie, o idei.
O byciu a nie robieniu tak, żeby wyglądało że jest.
O nurkowaniu, przeżywaniu do szpiku kości, o wierze w to, co się robi, o silnym przekonaniu. Ze świecącymi oczami i na straconej pozycji.
Wobec konkretnej formy po drugiej stronie, dla której wypełniająca ją treść stanowiłaby tylko zbędne obciążenie, w gruncie rzeczy niewidoczny i dość uciążliwy balast.
Punkt wyjścia - subkultura versus styl a la subkultura. Idea poprzez kurierską torbę versus kurierska torba jako manifest. No właśnie czego właściwie?
O kradnięciu tożsamości poprzez zagarnianie jej zewnętrznych przejawów, stylistycznych wyrazów i tym samym wyjałowienie, spłycenie i zmieszanie z błotem znaczeń.
O kimś, kto wygląda jak i tworzy w ten sposób nową jakość.
O kimś, kto równie dobrze mógłby być zaprogramowanym robotem.
Wciskam guzik i mój macintosh już się odpala...

stabilne rozchwianie

Czyli nadal szukam.
Dziwne, że łatwiej jest patrzeć wstecz, na to co już było i żałować, że było. Dużo trudniej z kolei patrzeć naprzód na to, co będzie i mieć pewność, że to właśnie powinno się dziać i tędy droga.
Bo skąd właściwie mam wiedzieć, że ta konkretna decyzja jest lepsza od jakiejkolwiek innej.
Moja recepta: robię i obserwuję rezultat. A myślę i analizuję potem.
Robienie rzeczy ratuje mnie przed dręczącym poczuciem rozchwiania.
Jakbym szła po linie - wszystko jest w porządku dopóki idę i nie patrzę w dół uświadamiając sobie jak niestabilny grunt mam pod nogami.
Jak to jest wiedzieć na pewno co stanie się za 3 godziny, 4 dni, 6 miesięcy, 10 lat? Czy to sprawia, że podejmuje się lepsze, pewniejsze decyzje?