“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

niedziela, 27 września 2009

za-dzianie

Rzeczy się ostatnio dla mnie zadziały. Dosłownie dla mnie i dosłownie za-działy. Czułam się tak, jakbym jednym palcem lekko uderzyła w domino ustawione w szereg, a dalej już każdy klocek popychał następny bez mojego czynnego udziału. Obserwowałam błyskawiczną reakcję łańcuchową i dopiero teraz stoję i patrzę na to wszystko zadziwiona. A jeszcze 2 tygodnie temu nic nie było poukładane, nic nie było wiadomo.
Zadziały się rzeczy dobre. Czasem czuję, że to zupełnie niesprawiedliwe, że prędzej czy później osiągam, to czego pragnę.
Kiedyś na lekcji geografii w gimnazjum, temat astrologia, obiecałam sobie, że kiedyś zobaczę Krzyż Południa.
Widziałam.
Pod koniec liceum marzyły mi się studia latynoamerykańskie. Wtedy niedostępne.
Dziś, 5 lat po skończeniu LO, mam w ręku decyzję o przyjęciu na te studia.
Ponad rok temu powiedziałam sobie, że będę mieszkać na swoim.
Mieszkam.
Jestem wdzięczna temu, kto ustawia dla mnie domino. Ktokolwiek to jest i jakkolwiek by go nazwać i określić.

czwartek, 24 września 2009

moje miasto a w nim




medytacja

...czyli myślę sobie, że jakiś sposób na spojrzenie na siebie od środka, na bycie ze sobą, na POCZUCIE się ze sobą.
Ja mam kilka na to sposobów. Jeden z lepszych - rower, dobre przełożenie i długa prosta. Najlepiej do Gdańska. I przekraczanie siebie, wychodzenie poza swoje możliwości. Robienie krok więcej. W tym przekraczaniu znajdowanie siebie. Swojego limitu.
Albo pusty basen i parę kilometrów przepłyniętych ciągiem. Słyszę tylko własny oddech i ten specyficzny, pusty dźwięk wody. A wszystko naokoło jest błękitne. 1000, 1050, 1100, 1150...
Albo wgapianie się w ocean. I znowu wracam, uciekam od mojego powrotu. W Brazylii odkryłam tę magię. Ocean ma imponującą siłę przyciągania. Mogłam siedzieć godzinami na plaży, na skałach i po prostu się w niego gapić. Niemy zachwyt, poczucie maleńkości i respektu. I nie-myślenie o niczym. Tylko miarowy ruch, szum, zapach. Morski bezkres, rozciągnięcie po horyzont i na-wierzchu-spieniona, trudna do wyobrażenia głębia wkradające się w myśli i wypierające cokolwiek innego z głowy.
Tęsknię za brazylijską magią. I za każdym razem, kiedy pojawia się ta tęsknota, wytrąca mnie to zupełnie z równowagi, którą ze sporym trudem powoli łapię. Wtedy ratuje mnie medytacja.

wtorek, 15 września 2009

pointensywny brak

Uczucie braku - najdziwniejsze i najbardziej niewyjaśnione z istniejących.

Intensywne kilka chwil (dni, miesięcy...) zajmowania się czymś, zupełnego skupienia uwagi i koncentracji na zakończeniu zadania, zawieszenie zasad "normalnego" funkcjonowania. Do tego poczucie przejścia od profanum do sacrum, poczucie wyjątkowości chwili, gdy następuje kulminacyjny moment projektu. I brazylijska energia przepełniająca wszystko i moment spotkania z Innymi - tymi niecodziennymi, ale od-wielkiego-dzwonu-pojawiającymi-się. Robienie rzeczy razem.
A potem koniec i powrót wieczorem do pustego domu, kiedy wszystko już się wydarzyło. I w końcu można wrócić do siebie, do normalności i codzienności. I wtedy właśnie. Niewypełniona pustka, pozadaniowy kac - nieprzetłumaczalne saudades. Wachlarz możliwości znów otwarty, nowe drogowskazy (skierowane często w zupełnie przeciwne strony) przed oczami. I trzeba teraz tę pustkę zapełniać, łapać zachwianą równowagę, robić krok dalej. Inaczej. DECYDOWAĆ SIĘ ABY zrobić krok dalej. Zdaje się, że ta decyzja to najtrudniejszy moment. Samo robienie kroku następuje automatycznie, z rozpędu.

Chwilowe, tak mocne funkcjonowanie w jakimś (ograniczonym przecież) czasie niesie ze sobą jeszcze jedno zagrożenie. Angażując się w coś tak mocno przyjmujemy w pełni zasady obowiązujące w takim czasie sacrum. Sacrum traktuję jako wydarzenie, czas odmienny od codziennego, święty, wyjątkowy. I o ile łatwo w te warunki się wchodzi, rzuca wręcz całym sobą, o tyle trudno potem z nich zrezygnować.
Teraz tak samo. 3 dni posiadania mistrza, bezwzględne niemal przyjęcie kogoś za swojego przewodnika. Ale po 3 dniach sytuacja się zmienia - nie ma już mistrza, tak jak nie było go przed tymi 3 dniami. Sytuacja wróciła do normy, ale jest jednocześnie wywrócona do góry nogami.
I stąd poczucie braku. Z uświadomienia sobie, że można by, że się da, że przecież...
Lepiej w związku z tym żyć w błogiej nieświadomości, że przecież? I nie cierpieć z poczucia lepiej lub gorzej wyjaśnionego braku?
Czasem myślę, że lepiej. A potem zaczynam się zaraz rozglądać, co by tu można...

Warsztaty z mestre Laercío zakończone.
Mnóstwo energii, wkładu siebie, zatracenia, czerpania pełnymi garściami, stresu i zadowolenia, że się udało. I ogromna potrzeba dalszego rozwoju, dalszego szukania i działania. Żeby zaradzić na brak.

piątek, 4 września 2009

Pada deszcz. I jest zupełnie wschodniosłowiański. Jeden jedyny, ani trochę nie podobny do deszczu tropikalnego. Jest zimny, szary i dżdżysty i pachnie inaczej. Zapach. To tu tkwi największa różnica. Deszcz na Bahia pachnie zupełnie inaczej. Ma większe krople. I jest bardziej ciemnoniebieski.
Tęsknię za widokiem deszczowego oceanu. Niesamowite było, jak on zawsze, kiedy padało (a padało sporo w zimie) zmieniał się na dżdżysty. Na szaro-ciemnoniebiesko-brązowy. Jakby pochłaniał całą tę wodę z nieba, jakby deszcz nagle zajmował miejsce oceanu.