“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

wtorek, 2 czerwca 2009

zupa pomidorowa

No dobrze.
Jestem w Brazylii czwarty miesiąc.
I co?
I mam mętlik w głowie, więc czas chyba to wszystko uporządkować. Mniej więcej i o ile się da.
Przeżyłam enkulturację. Na własnej skórze. Nie polecam nikomu. Co gorsze proces ten w moim przypadku nadal trwa. Polega na tym, że w jednej z dziedzin swojego życia, która, jak odkryłam jest dziedziną podstawową, bo pozwala na funkcjonowanie w otaczającym świecie, która to dziedzina hucznie i ogólnikowo nazwana jest KULTURĄ, więc w niej właśnie zostaje się zredukowanym do poziomu zero. Lub też poziomu pierwszego, zważywszy na przeczytane wcześniej książki, obejrzane filmy itp, traktujące o kulturze, w której przeżywa się enkulturację. Jednak w zderzeniu z ową rzeczywistością kulturową wszystkie książki, filmy itp wydają się jednak mieć wartość dość mierną, z racji na ogólnikowość, z jaką podchodzą do tematu. Owa bowiem rzeczywistość kulturowa jest tak skomplikowana, tak złożona i tak okrutnie szczegółowa, że nikomu chyba po prostu nie chce się jej opisywać. Z resztą i po co. A może nie da się tego wszystkiego opisać? Nie wiem.
W każdy razie, startując z owego poziomu zero, tudzież w szczęśliwym przypadku z poziomu pierwszego, najboleśniej w pierwszej kolejności dotknięte jest EGO. Okazuje się bowiem, że trzeba być pokornym i uświadomić sobie, że jest się kompletnie zależnym od innych, w danej kulturze obeznanych. Oczywiście odkrywa się pewne rzeczy samemu, jak na przykład to, że zupa pozostawiona w Brazylii poza lodówką fermentuje w przeciągu 2 godzin, ale generalnie większość informacji otrzymuje się od tubylców w ten czy inny sposób - poprzez rozmowę lub pozawerbalnie, w codziennych, życiowych sytuacjach. Zaczyna się owy obcy kulturowo świat poznawać od najprostszych i najbardziej podstawowych elementów. Tu pojawia się odwieczny problem, podstawowe i spędzające sen z powiek niejednemu studentowi pierwszego roku antropologii lub kulturoznawstwa zagadnienie, a mianowicie OPOZYCJA KULTURA - NATURA.
Do czego zmierzam. W Brazylii w zieleniaku nie ma ziemniaków. Są batatas, batatas doces.. Więc żeby cokolwiek zjeść, czyli zaspokoić jedną z podstawowych potrzeb fizjologicznych człowieka, czyt. potrzebę wynikającą z NATURY należy conajmniej znać kilka portugalskich słów (język jak wiadomo jest jednym z podstawowych elementów KULTURY), żeby móc zapytać lub zrozumieć, co nadaje się, a co nie do jedzenia. Oczywiście można pójść do warzywniaka i rozpoznać ziemniaka po jego wyglądzie, co jest możliwe, bo mimo różnic kulturowych i agrokulturowych ziemniak do ziemniaka podobny, ale przecież nie samymi ziemniakami czlowiek żyje. A przy takim już np bananie pojawia się problem: w Brazylii istnieją dwa gatunki bananów, z czego jeden z nich (bardziej podobny do bananów znanych w Europie) nie nadaje się do spożywania na surowo, ponieważ powoduje poważne kłopoty z trawieniem. Co tam banan. No ale historie z całą paletą egzotycznych owoców, które się w brazylijskim warzywniaku spotyka, pozostawiam Waszej bujnej wyobraźni.
Kolejnym przykładem trudnego procesu enkulturacji zawadzającym o naszą opozycję kultura - natura jest taki oto obrazek: biały europejczyk o czerwonej skórze na brazylijskiej plaży.
No jak wiadomo większość brazyijczyków na Bahia (bo do Bahia zawężę moje pogłębione relacje z podróży) jest ciemnoskóra. Ciemnoskóra czyli niekoniecznie rasy tzw murzyńskiej, ale po prostu o ciemnym odcieniu skóry. Europejczycy natomiast są w większości biali. (Podkreślam użycie słowa "w większości", bo jak wiadomo i na Bahia są osoy białoskóre i w Europie ciemnoskóre, nie wspominając o innych kolorach skóry. Pozostanę jednak na tym poziomie uogólnienia w celach lepszego ukazania problemu.) Tak się składa, że osoba urodzona i wychowana na Bahia, w Brazylii, nie robi się czerwona od słońca i raczej nie cierpi od oparzeń słonecznych, bo:
A. jest urodzona na Bahia i od dziecka przyzwyczajona do słońca
B. nie leży plackiem na plaży o 12 w południe
Opozycja natura - kultura jest chyba w tym punkcie widoczna wyraźnie, jeśli nie, piszcie maile, chętnie wyjaśnię.
Oczywiście w tym przypadku, można powiedzieć, że wystarczy uruchomić zdrowy rozsądek, przykład ze słońcem i jego wpływem na naszą skórę jest dość banalny, ale chodzi o samą stukturę i ogólny zarys problemu.
Bo prawda jest taka, że i tak wszyscy Europejczycy na Bahia robią się czerwoni. Przynajmniej trochę i przynajmniej na twarzy.
Pytanie czy jest to rzeczywiście kwestia kultury, czy jednak bardziej natury, właściwości naszego ciała, skóry itd.
Nie będę się na ten temat rozwodzić, zachęcam do rozwijania tematu w komentarzach.
Generalnie zmierzam do tego, że owy proces enkulturacji jest niezbędny do funkcjonowania.
I że nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ogromną rolę w naszym życiu odgrywa kultura, dopóki nie znajdziemy się w obcej kulturze.
No żadne to odkrycie Ameryki, fraza dość płaska i pospolita. Tyle, że uwierzcie, naprawdę nie zdajemy sobie sprawy jak DUŻO zależy od kultury.
Jesteśmy nią zupełnie OKREŚLENI, OGRANICZENI i od niej UZALEŻNIENI.
Tyle na te chwilę, skłaniam do refleksji nad talerzem zupy pomidorowej, której nie gotuje się w Brazylii.
A, taka jeszcze refleksja na koniec - oczywiście nie trzeba jechać do Brazylii, żeby się tego wszystkiego dowiedzieć, wystarczy poczytać Malinowskiego, Levi Straussa, podręcznik antropologii kulturowej i inne takie. Tam to nawet jest ładnie opisane, z użyciem zwrotów naukowych i nawet bardziej wyszukanych przykładów niż ten powyżej z bananem. No i podręcznik antropologii kulturowej kosztuje dużo mniej niż bilet Brazylia - Polska w dwie strony i czteromiesięczne utrzymanie w obcym kraju.
Ale ja wiem teraz lepiej, to co wiem, mimo że czytałam jakieś tam podręczniki, zanim trafiłam za ocean. Ale ja jestem przypadkiem wyjątkowym. Zaglądajcie więc do bibliotek! (Wcale tak nie myślę, najchętniej wysłałabym 70% Europejczyków do Brazyli, bo jak się okazuje i co opisywałam już wcześniej biblioteka nie pomaga na zakuty łeb, ale to taka puenta ironiczna.)

P.S. Czy ktoś może mi powiedzieć czy pisze się zakuty czy zakłuty łeb?
I co tak w ogóle znaczy słowo zakuty tudzież zakłuty?
(Taka mnie naszła refleksja dotycząca osobliwości naszego języka polskiego...)

Zdaje się, że naszła mnie jakaś wena twórcza w końcu, więc lepiej skończę już pisać tego posta i przemyślę wszystko, co mi się właśnie z głowy wylewa i obiecuję napisać kolejnego w charakterze bardziej wyselekcjonowanych wniosków z obserwacji uczestniczącej.
No tak miałam porządkować i nie wyszło. Jak zwykle...

1 komentarz:

  1. zdecydowanie pisze sie zakuty łeb...a ze słownika slangu i mowy potocznej definicja jest taka:Ktoś głupi, niemyślący.

    OdpowiedzUsuń