“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

środa, 3 czerwca 2009

zapiski wymądrzone, sprzed 2 dni

Właśnie łączę przyjemne z pożytecznym.
Nawet kilka przyjemnych rzeczy z kilkoma pożytecznymi.
Pierwsze połączenie przyjemnego z pożytecznym jest takie, że leżę w hamaku z laptopem na kolanach, słuchając rozbijającego się o skały poniżej oceanu. Czas: środek brazylijskiej nocy. To przyjemne. Pożyteczne, że w końcu myślę, analizuję, zbieram.
Kolejne połączenie to to, że uczę się obsługi macowego programu do tworzenia dokumentów i zapisuję w końcu jakiekolwiek wnioski z tego, co od czterech miesięcy widzę i słyszę.

Pierwszy wniosek jest taki, że bardzo trudno się samodyscyplinować. Nic niby nowego. Utrzymywanie zmysłów na poziomie ciągłej uwagi, rejestrowanie i antropologiczne interpretowanie rzeczy, ktore dzieją się naokoło wymaga owej autodyscypliny. A łapię się czasem na tym, że jadę salvadorskim autobusem przez kompletnie egzotyczne dzielnice pełne ulepionych domków, czerwonej ziemi i autentycznej, południowoamerykańskiej dżungli i nie myślę. Nie patrzę. Nie zachwycam się.
Moje zmysły tak szybko przyzwyczaiły się do nowego, że muszę sobie przypominać, jak fascynujące i inne od znanych mi rzeczy jest to, co codziennie widzę, kiedy wychodzę rano po owoce na śniadanie. Na szczęście mam ze sobą aparat, który działa trochę jak magiczne szkiełko. Przez obiektyw wszystko wydaje się bardziej fascynujące. On odświeża moje spojrzenie.
Zastanawiam się, czy będę w stanie cokolwiek o tych czterech miesiącach napisać po powrocie. I obawiam się, że nie. Że ten ocean, który właśnie słyszę i upał od którego jestem cała mokra jest stymulatorem i inspiracją. Inspiracją, którą tak łatwo stracić, zignorować, nie wykorzystać. I cóż to zdanie zadziałało jak zaklęcie, chwila nieuwagi i już nie wylewa się z mojej głowy wszystko to , czego przed chwilą niemal nie zdążałam zapisywać. Zawsze w takim momencie, jak teraz - zwieszenia nad klawiaturą, przypomina mi się to, co Szymborska pisała i mówiła na temat natchnienia. Straszna to zmora, która czasem trzyma człowieka w nieznośnym oczekiwaniu i owym właśnie zawieszeniu nad klawiaturą albo kartką przez długie godziny. Każdy, kto kiedykolwiek musiał coś napisać, czy to z wewnętrznego czy zewnętrznego przymusu, wie jaka to męczarnia, kiedy słowa po prostu nie chcą przyjść do głowy. Są tylko jakieś urywki, kolory, odczucia, obrazy.
Kolejna wątpliwość. Czy tak naprawdę to, że walczę ze snem zapisując myśli, analizy, wnioski, co do słuszności których nie mam tak naprawdę pełnej pewności, ma jakąkolwiek wartość i przynosi komukolwiek realny pożytek?
O tym pewnie zadecyduje czas. Moją obawę budzi tylko to, że każde zapiski, jakie czytam po upływie pewnego czasu, wydają mi się naiwne i głupie. Niby to pozytywna oznaka - najwyraźniej się rozwijam. Czy jednak dojdę kiedykolwiek do takiego momentu, kiedy uznam za wartościową pracę wykonywaną w przeszłości? Bo jeśli nie, to jaki jest sens zapisywania kolejnej kartki, jeśli i tak za parę dni, miesięcy, lat będę miała ochotę ją zgnieść i wyrzucić.

Ale miało być o wnioskach.

Drugi wniosek jest taki, że to ja sama jestem obiektem badań. Paradoksalnie tematem jestem ja w obcej kulturze, a nie obca kultura. Bo nie da się tego ja pozbyć. Jak zawsze, po ludzku wysuwa się ono na pierwszy plan. Jest punktem referencji i zaczepienia. I dobrze chyba, bo gdyby go nie było, nic bym nie pisała. I nawet jeśli opisuję zjawisko zupełnie ode mnie niezależne i zewnętrzne, choćby nawet ceremonię candomblé, to i tak siedzi w tym moje ja. Tylko ukryte. W doświadczeniach i sposobie, jaki patrzę na świat i selekcjonuję informacje do opisu, i w końcu jak analizuję i interpretuję, to co widzę. Do tego jeszcze dochodzą emocje, które teoretycznie w suchym opisie antropologicznym nie powinny się pojawiać, w opowieści antropologicznej już jest ich więcej, ale nadal to nie na nich powinna skupiać się uwaga, a które przecież w istotny sposób wpływają na to, co w danej chwilii myślę i robię. I nie da się ich wyzbyć, a co wydaje mi się znamienne - szczególnie w sytuacji antropologa, który spotyka się z rzeczą nową, obcą (w rozumieniu egzotyczną, bo wiadomo, że przedmiot obserwacji i badań nie może być mu obcy). I choć ideałem jest uniesienie się ponad ja, to ona zawsze i niezmiennie w mniejszym lub większym stopniu będzie w tekście antropologicznym funkcjonować, jeśli nie jako ja prywatne o przynajmniej jako ja zbiorowe - ja mojej własnej kultury.
I tu pojawia się odwieczny problem współczesnej antropologii. Europocentryzm.
Najnowocześniejsza postawa nakazuje mówić, że to źle, unieśmy się ponad nasz europocentryzm. Problem w tym, że się nie da.
Ja sama w europocentryzmie nie widzę nic złego. Wiem za to, że niesie ze sobą zagrożenie. Nie neguję go, bo jest moją bazą, której nie potrafię się pozbyć i która daje mi oparcie i podstawę do rozważań. Często jest ciężarem. Ale to też skłania do pogłębionych przemyśleń. I właśnie, o ile owy antropocentryzm skłania do przemyśleń, nie jest niczym złym. Gorzej jeśli jest to narzędzie kategoryzacji i oceny. Ale wtedy raczej nie mamy do czynienia z antropologią, ale z kolonizatorstwem lub bajkopisarstwem.

1 komentarz:

  1. moje wnioski:
    a) dziewczyno piszesz świetnie! Po prostu pisz, ja tutaj widzę u ciebie cały czas walkę pomiędzy tobą a oceną i kategoryzacją wszystkiego co przez ciebie przechodzi. To najgorsza choroba jaka jest, walcz z tym!

    b) kolejnym frontem twojego konfliktu jest jakaś nieufność w siebie samą. Kryjąca się pod płaszczykiem czegoś co ja bym nazwał "ewelinocentryzmem" ;). A przecież obiektywne fakty w dziś to nuda i zbytek. Jak sama wiesz to wszystko już było. To co jest pożądane teraz, to zapis twojego subiektywnego odbioru otaczającej cię rzeczywistości!

    To zbliża ciebie najbardziej do reszty ludzi. Bo każdy z nas to podobny ale jednak inny świat. Byli antropologowie którzy kierowali się właśnie tą zasadą, która nawet obecna jest jako pogląd w estetyce.

    A Wygląda to tak: nie jest kompletnie ważne co dany obraz ma do powiedzenia, wszystkie te tradycje i symbole. Ważne jest to co w danej chwili, czujesz i myślisz będąc w nim w kontakcie. Jesli boli cię brzuch i kręci w nosie to też jest to ważna częśc odbioru. Ponieważ czysty intelektualny, tzn. pozbawiony na przykład wszystkich zmysłów opis, jest kłamstwem. Ponieważ odbiera nam nasze człowieczeństwo.

    Sam przez to przeszedłem jedząc obiad w wietnamskiej knajpie na stadionie. Jako kulturoznawca, mogłem odciąć się od tego, że obrzydzenie mnie brało na fakt, że to brudna buda była. A przedemną Pani rozbierała na kawałki ogromny ochłap mięsa. Bo to przeciez inna kultura i postrzeganie rzeczy.

    Natomiast podanego posiłku nie mogłem w stanie przełknąć, bowiem był on przyrządzony na sosie z kiszonej ryby. I nie chodziło to wcale o to, że byłem negatywnie nastawiony, po prostu moje ciało nie było w stanie przełknąć czegoś co miało w sobie zepsutą rybę. Zatem odkrłem w sobie biologiczne ograniczenie do czegoś co jest tworem kulturowym. Mówi się że Wietnamczycy śmierdzą, teraz wiem skąd to się bierze, my po prostu nie jesteśmy w stanie przyzwyczaić się do czegoś co jest dla nich naturalne.

    I to jest nowe podjeście do sprawy, twoje opisy mogą być interesujące choćby z tak niby trywialnych a jednak ważnych powodów. Juz ciekawe dla mnie są twoje opowieści o zmaganiach i granicach odbioru czegoś co cię z jednej strony fascynuje a z innej odstręcza, ale ostatecznie pożądasz tego wglądu. Cały czas próbujesz. To czuć w tym poście.

    To jest tak jak rozmawialiśmy ostanio, świat takim jakim go postrzegamy to tylko interpretacje, my je niby selektywnie porządkujemy w racjonalne hierarchie, ale to iluzja. Bo nawet sama nasza kultura oparta priorytecie poznania, wcale nie musi być prawdziwa. To tak jak dzieci i lalki, czy niepełnosprawi umysłowo i szympansy, jakokolwiek abstrakcyjnie i śmiesznie to brzmi. Granice pomiędzy wszystkim są coraz bardziej cieńkie.

    Pytasz się po co mądrość, właśnie po to by moc posunąć ten kamień choć trochę dalej, móc zobaczyć coś co umknęło innym. Zobaczyć to co inni widzieli, w zupełnie nowy sposób. Jak to osiągniesz, to wydaje mi się że będziesz mogła być spokojna jeśli chodzi o chleb.

    OdpowiedzUsuń