“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

lotnisko

Boleśnie poczułam, że jestem w Europie, moje 75 reali zamieniło się w 14 euro, powietrze jest zimne i kłujące płuca, wszyscy mówią po niemiecku, lotnisko jest przerażająco wielkie. Mam baterię laptopa na wykończeniu, bo Salvador opuszczałam oczywiście w strasznym pośpiechu, kompletnie zdezorganizowana.
Dobrze, że objawił się na dwa dni przed moim wylotem Rafael i zaoferował podwiezienie na lotnisko, autobusem nigdy bym nie dotarła na czas.
Właśnie wypiłam moją pierwszą europejską kawę i zjadłam Apfelstrutzel. Też europejski.
Jest 7:30 rano mojego czasu. Czyli 12:30 czasu tutejszego. Umieram ze zmęczenia i niewyspania.
Uświadomiłam sobie, że opuszczam Brazylię dopiero jak wsiadłam do samolotu. Nie czułam tego jeszcze wczoraj rano. Za sprawą wypadków minionej nocy, całonocnego ogniska na plaży nad oceanem i ilości wypitego obrzydliwego taniego likieru z jenipapu. Potem jeszcze musiałam załatwić tysiąc spraw zostawionych na ostatnią chwilę, więc też do mnie nie docierało, co tak naprawdę się dzieje. W drodze na lotnisko byłam zajęta tym, że udało mi się w końcu zobaczyć Rafaela i Luiza, więc też nie myślałam o niczym innym. Potem kuśtykając od bolącej stopy robiłam sprint przez salvadorskie lotnisko i martwiłam się tym, że mam nie wydrukowany bilet. Nadal nie docierało do mnie, że ten bilet mnie przeniesie w inny świat za parę godzin.
A potem usiadłam w samolocie i się poryczałam. A w środku miałam nieodpartą ochotę wysiadać, uciekać, zostać w tym szumie oceanu, dźwięku pandeiro i brazylijskiej magii.
Cały pobyt w Salvadorze zastanawiałam się, czy te pogłoski o salvadorskiej magii, która przyciąga i oczarowuje nie są rzeczywistości jakąś podłą blagą. Zastanawiałam się, co czuję w środku do tego miasta, jaka jest moja z nim relacja. I nie znajdowałam tej magii. A potem ujrzałam Salvador da Bahia z okna samolotu i poczułam to okropne, nieprzetłumaczalne uczucie – saudade. I odkryłam salvadorską magię.
A teraz wydaje mi się, że przyśnił mi się jakiś niesamowity sen.
Mój domek nad brzegiem morza, samba, ocean, dzieciaki z Nzinga i sąsiedzi z dzielnicy, jogo de búzios i acarajé – wszystko wydaje się tak kompletnie nierealne i odległe. Najgorsze jest to, że to co mnie otacza teraz wydaję się równie nierealne, niezwyczajne i odległe.
Jestem zawieszona gdzieś między strefami czasowymi, w międzyczasie i międzymiejscu. A moje myśli odbijają się od jednego brzegu oceanu do drugiego, mam mętlik w głowie.
Na lotnisku zawsze słychać ten specyficzny szum. Klimatyzacji? Industrializacji? Samolotów?
I to on sprawia, że czuję się jak w króliczej norze. Gdzie jest lustro, żeby przejść na drugą stronę???
Jestem równie przerażona, jak podczas lotu za ocean. Równie silnie nie wiem, co mnie teraz czeka tak samo, nie wiem co dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz