“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

niedziela, 7 czerwca 2009

głodna

Siedzę właśnie w domu, jest niedzielny późny wieczór, wszelkie życie w okolicy, na dzielnicy, przy głównych ulicach i placach zamarło. Wszystkie sklepy i bary zamknięte, uliczni sprzedawcy śpią snem zasłużonym w domach, bahianki odpoczywają, by od rana przygotowywać acarajé na wieczorny poniedziałkowy posiłek dla ludności Salvadoru.
A ja co? A ja nie śpię, tylko robię miliard rzeczy, które najlepiej robi się w nocy, czyli na przykład piszę. Myślę. Planuję. Organizuję.
13 dni mi pozostało, więc plan trzeba już mieć!
Ale wszystkie te zajęcia wbrew pozorom są męczące. Więc z tego zmęczenia zgłodniałam. A w domowej spiżarni pustki...
Postanowiłam w związku z tym przynajmniej poprzypominać sobie, jakie pyszne rzeczy można w Salvadorze zjeść.
I nie tylko co, ale i jak to można zjeść.
Przede wszystkim nie należy się przejmować tym, że nie ma się w domu nic do jedzenia. No chyba że jest późno w nocy, w niedzielę.
O każdej jednak normalnej porze posiłkowej przez cały tydzień jedzenie jest łatwo dostępne na niemal każdej ulicy, w absolutnie każdej dzielnicy Salvadoru.
Zaczyna się rano.
Otwierają się baraki, budki, przysklepowe, przyszkolne, uliczne, wolnostojące, ledwostojące tzw lanchonetes. Obecne, jak już mówiłam wszędzie. Nie to, że tylko w centrum. Albo tylko na peryferiach. Albo tylko w dzielnicach luksusowych/fawelowych. Wszędzie bez wyjątku.
A co w nich.
Przede wszystkim soki. Świeże soki z pomarańczy, papai, ananasa, melona, marakui, limonek...
Obowiązkowo z lodem i cukrem.
Po drugie koktajle czyli vitaminas. Czyli to samo, co powyżej, tyle że w wersji mlecznej.
Mój faworyt - vitamina do melão tudzież vitamina de bananas com farinha lacteal. Czyli koktajl z melona tudzież koktajl z bananów z dodatkiem farinha lacteal (nie mam pojęcia jak to się po polsku nazywa i czy w ogóle jest w Polsce spotykane, w wolnym tłumaczeniu mąka mleczna... i nie chodzi o mleko w proszku!)
Ciasta. Z mąki kukurydzianej (absolutnie uwielbiam), z mąki pszennej, z mlekiem kokosowym, z kokosa (tak zwane cocadas), torty z bananów, mleka skondensowanego...
Albo piekielnie słodkie albo prawie wcale niesłodkie - idealne do przesłodzonej brazylijskiej kawy.
Kawa właśnie. Najczęściej czarna, przesłodzona, mocna i niewielka - cafezinho.
Dla kapryśnych zdarza się i większa i z mlekiem. Rzadziej, wręcz prawie wcale się nie zdarza - bez cukru.
Bardziej konkretne przekąski - pastels. Typ pierogów, tyle że smażonych w głębokim oleju lub pieczonych z nadzieniem z mięsa, kurczaka albo sera.
Oprócz tego nieodłączne sandwiches. Czyli kanapki na ciepło. Wersja podstawowa: bułkopodobny brazylijski twór zwany wykwintnie paõ frances z seropodobnym tworem brazylijskim zwanym quejo lanche i szynką, zwaną szynką (presunto) co w połączeniu i po podgrzaniu (tudzież raczej wysmażeniu) na urządzeniu mieszczącym się w kategorii pomiędzy wielką patelnią a grillem, wysmarowanym margaryną, daje w rezultacie twór o nazwie misto.
Oferta kanapek wykracza oczywiście szeroko poza tę pozycję. Ale ta ma najlepsze notowania. Inne kanapki zachaczają już bardziej o twory hamburgeropodobne i przyrządzane są też na bułkach bardziej w kształcie tych hamburgerowych. Z miesęm, jajkiem, serem, ananasem, kurczakiem. Są nawet lokale, które zaspokajają moje europejskie kaprysy kanapki z warzywami. Ale to zdarza się rzadziej.
To w lanchonetes.
W centrum z rana pojawiają się obnośni sprzedawcy kawy. Owej wspomnianej, przesłodzonej cafezinho.
W samo południe, mniej więcej do 14, czasem 15 królują jadłodajnie wszelkiego typu. Najpopularniejsze - restauracje z jedzeniem "na kilogramy" tudzież bary z gotową ofertą 5-6 dań do wyboru - pratos feitos.
Powystawiane na ulicy plastikowe stoliki zapełniają się konsumującymi.
A na talerzach, najpopularniejsze potrawy regionalne.
Oczywiście mięso.
Carne do sol - suszone na słońcu w soli i potem przyrządzane na różne sposoby.
Carne seco.
Carne do boi.
Alternatywa to kurczak, ryby i krewetki. Muqueca de peixe, peixe frita, bobo do camarão, acarajé...
Wszystko obowiązkowo podawane z ryżem, fasolą (niezliczonych gatunków...) i czasem sałatką, najczęściej tak zwanym vinegret - pomidorem, ogórkiem i cebulą drobno pokrojonymi i doprawionymi oliwą.
Wszystko posypane farofą, czyli mąką z manioku i doprawione molho de pimenta. Biada obcokrajowcowi, który nie wie jak ostra jest to przyprawa i nie pożałuje sobie sosu, polewając obficie swój posiłek... Już kropla wystarczy żeby paliło w gardło.
Restauracje "na kilogramy" oferują oprócz tego często owoce, sałaty, gotowane warzywa...
Po obiedzie zawsze czeka darmowe, niemal obowiązkowe cafezinho.
Poczynając od pory obiadowej na ulicach zaczyna roić się od sprzedawców słodyczy i owoców.
Owoce - to te, które rzadziej spotyka się w warzywniakach i te które można zjeść od razu: kaki (słodkie, czasem spotykane w Europie owoce, wyglądające jak niedojrzałe pomidory), jabłka, obrane kawałki ananasa, banany.
Słodycze. Ach. Pełna paleta. Popularne doce de leite ze skondensowanego mleka, doce de goiaba czyli goiabada (przesłodki przetworzony owoc goiaba wpostaci marmoladopodobnej, tyle że o stałej konsystencji naszych batoników) najczęściej w towarzystwie requejão, czyli w tłumaczeniu twarogu, który wcale twarogiem nie jest (raczej mniej słonym i w ogóle mniej typem sera). Połączenie tych dwóch ostatnich to słodka przekąska potocznie zwana Romeo&Julietta. Słodkości z mleka kokosowego i z orzechów krojone przez sprzedawców w momencie zakupu. Wszystko inne przygotowane do natychmiastowego spożycia, poporcjowane w kształt batonów.

Potem nadchodzi pora późnopopołudniowa. Pora zwiększonego ruchu, zamykania biznesów, powrotu do domu.
A na ulicach serwuje się gotowaną kukurydzę w kolbach, gotowane fistaszki, zupę kukurydzianą (mój faworyt tak zwana mungunzá z białej kukurydzy i mleka kokosowego z dodatkiem pachnącego cynamonu), z mąki pszennej lub z manioku. Wszystko nakładane przez sprzedawców z buchających parą obnośnych wózko - kuchni.
Oprócz tego beiju - placki z mąki z manioku (suchej, bez dodatku wody, która pod wpływem ciepła zamiena się magicznie w placek) serwowane na słono lub na słodko, ze wszystkim, czego dusza zapragnie w każdej możliwej kombinacji - ser i kokos, ser i goiabada, ser i szynka, mięso i ser, kurczak, oliwki i suszone pomidory, doce de leite i kokos, banan i czekolada.. Przyrządzane na oczach kupującego, ciepłe i smakowite.
No i oczywiście acarajé. Najbardziej bahiańska z bahiańskich potraw, serwowana przez rodowite bahianki w bahiańskich strojach wprost na ulicy. Racuchy z mąki kukurydzianej smażone na głębokim oleju, przekrojone na pół i wypełnione pastą z krewetek i oleju z dende z dodatkiem vinegret i preferencyjnie pimenty. Serwowane w dwóch wersjach - z lub bez gotowanych, ledwo co obranych krewetek. Alternatywą do acarajé jest ábara - podobnie przyrządzone ciasto z mąki kukurydzianej, doprawione krewetkami i gotowane zawinięte w liście bananowca. Zdrowsza wersja, bo bez tłuszczu, z tymi samymi dodatkami, co acarajé. To taki nasz europejski kebab. Tutaj zamiast mówić "chodźmy na kebaba" mówi się "chodźmy na acarajé". I daleko iść nie trzeba. Obecne zawsze w miejscu każdej festy ulicznej, w okolicach każdego zwiększonego ruchu towarzyskiego.
A jeśli chodzi o ruch towarzyski. Typowym jedzeniem "imprezowym" jest oczywiście churasco. Czyli mięsne szaszłyki. Straganowe churascarie rozstawiają się zawsze na sambowych wtorkach na Pelourinho, są nieodłączne podczas karnawału.
W takich miejscach, jak i na plażach, krążą też zawsze obnośni sprzedawcy queijo - wielkich kawałów sera nadziewanych na patyk szaszłykowy, podgrzewanych bezpośrednio na ogniu (każdy sprzedawca zaopatrzony jest w kaganek z węgielkami), posypywanych oregano i polewanych oliwą.

Oprócz smaku, niezapomniany jest charakter jedzenia w Salvadorze. Przede wszystkim spożywanie i gotowanie wprost na ulicy, obnośny handel posiłkami, wszystko wkomponowane w miejski ruch, nieodłączne od rytmu miasta.
I wszystko tradycyjne, typowe i bahiańskie; będąc jednocześnie powszechnym, codziennym.
Cóż tradycyjne. Często wręcz święte - jedzenie, którym posilają się mieszkańcy Salvadoru codziennie na ulicach to też jedzenie bogów - orixás i caboclos, składane im w ofierze i gotowane na ich cześć podczas świąt candomblé.
I oto jak spotyka się codzień sacrum z profanum. Tradycja z ulicznym życiem i rytmem wielkiej brazylijskiej metropolii.
To przeplatanie się sacrum i profanum dzieje się na Bahia nie tylko w sferze gastronomii. Każda dziedzina aktywności zdaje się czerpać trochę z tego, trochę z tego. Kultura brazylijska jest kulturą spotkania świętego z powszechnym, ludowym.
Ale o tym innym razem, moje dziatki. Zrobiłam się tak głodna, że chyba muszę pójść spać.

2 komentarze:

  1. mam nadzieje kochana ze sprobowalas tego wszystkiego zeby mi opisac i pozucilas swoje poganskie postanowienie nie jedzenia miesa we wszelkiej postaci??

    OdpowiedzUsuń
  2. próbować próbowałam żeby wypróbować

    OdpowiedzUsuń