“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

a potem...


... było całe mnóstwo rzeczy pomiędzy, pośrodku, gdzieś na moście, w drodze, trochę tam i trochę tu. W sur-rzeczywistości zawieszenia nad płynącą pod spodem wodą.
I choć było bardzo trudno przez ten most przejść, to stoję na jednym brzegu i dobrze wiem, że w każdej chwili mogę spowrotem znaleźć się na drugim.
Teraz już wiem, że nie ma zamknięcia. Że wciąż zdarzają się tylko kontynuacje, nawiązania i dalsze ciągi.
A spalone mosty? Chyba jednak podpalamy je rzadko, a one do końca nigdy się nie zawalają.

Jestem w dalszym ciągu tej całej historii. Trochę w tym miejscu ten ciąg ciemniejszy i bardziej chaszczami zarośnięty, ale jak wiadomo, nawet chaszcze czasem bywają piękne...

photo by Diogo

środa, 24 czerwca 2009

poniedziałek, 22 czerwca 2009

lotnisko

Boleśnie poczułam, że jestem w Europie, moje 75 reali zamieniło się w 14 euro, powietrze jest zimne i kłujące płuca, wszyscy mówią po niemiecku, lotnisko jest przerażająco wielkie. Mam baterię laptopa na wykończeniu, bo Salvador opuszczałam oczywiście w strasznym pośpiechu, kompletnie zdezorganizowana.
Dobrze, że objawił się na dwa dni przed moim wylotem Rafael i zaoferował podwiezienie na lotnisko, autobusem nigdy bym nie dotarła na czas.
Właśnie wypiłam moją pierwszą europejską kawę i zjadłam Apfelstrutzel. Też europejski.
Jest 7:30 rano mojego czasu. Czyli 12:30 czasu tutejszego. Umieram ze zmęczenia i niewyspania.
Uświadomiłam sobie, że opuszczam Brazylię dopiero jak wsiadłam do samolotu. Nie czułam tego jeszcze wczoraj rano. Za sprawą wypadków minionej nocy, całonocnego ogniska na plaży nad oceanem i ilości wypitego obrzydliwego taniego likieru z jenipapu. Potem jeszcze musiałam załatwić tysiąc spraw zostawionych na ostatnią chwilę, więc też do mnie nie docierało, co tak naprawdę się dzieje. W drodze na lotnisko byłam zajęta tym, że udało mi się w końcu zobaczyć Rafaela i Luiza, więc też nie myślałam o niczym innym. Potem kuśtykając od bolącej stopy robiłam sprint przez salvadorskie lotnisko i martwiłam się tym, że mam nie wydrukowany bilet. Nadal nie docierało do mnie, że ten bilet mnie przeniesie w inny świat za parę godzin.
A potem usiadłam w samolocie i się poryczałam. A w środku miałam nieodpartą ochotę wysiadać, uciekać, zostać w tym szumie oceanu, dźwięku pandeiro i brazylijskiej magii.
Cały pobyt w Salvadorze zastanawiałam się, czy te pogłoski o salvadorskiej magii, która przyciąga i oczarowuje nie są rzeczywistości jakąś podłą blagą. Zastanawiałam się, co czuję w środku do tego miasta, jaka jest moja z nim relacja. I nie znajdowałam tej magii. A potem ujrzałam Salvador da Bahia z okna samolotu i poczułam to okropne, nieprzetłumaczalne uczucie – saudade. I odkryłam salvadorską magię.
A teraz wydaje mi się, że przyśnił mi się jakiś niesamowity sen.
Mój domek nad brzegiem morza, samba, ocean, dzieciaki z Nzinga i sąsiedzi z dzielnicy, jogo de búzios i acarajé – wszystko wydaje się tak kompletnie nierealne i odległe. Najgorsze jest to, że to co mnie otacza teraz wydaję się równie nierealne, niezwyczajne i odległe.
Jestem zawieszona gdzieś między strefami czasowymi, w międzyczasie i międzymiejscu. A moje myśli odbijają się od jednego brzegu oceanu do drugiego, mam mętlik w głowie.
Na lotnisku zawsze słychać ten specyficzny szum. Klimatyzacji? Industrializacji? Samolotów?
I to on sprawia, że czuję się jak w króliczej norze. Gdzie jest lustro, żeby przejść na drugą stronę???
Jestem równie przerażona, jak podczas lotu za ocean. Równie silnie nie wiem, co mnie teraz czeka tak samo, nie wiem co dalej.

środa, 17 czerwca 2009

powoli wracam

Zaczynam czuć powrót.
W związku z tym bardziej czuję, co tracę.
Dziś ostatni raz widziałam się z przyjaciółmi z Nzinga.
I takie, że "do zobaczenia", "do powrotu".
A w środku poczucie: a jeśli nie? może już wcale nie? albo za bardzo długi czas?
Bo kompletnie nie wiem co teraz będzie.
Czyli wracam do punktu zero - lotniska w Lizbonie, kiedy wsiadałam do samolotu lecącego do Salvadoru da Bahia, kompletnie nie wiedząc, co będzie dalej, co będzie potem i co mnie czeka po drugiej stronie oceanu.
Zawsze jest powrót. Zamknięcie. Koniec.
I dalszy ciąg.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

no wiem w końcu

Wiem w końcu, co mi tu tak naprawdę odpowiada. I co było kompletnie nieuświadomione.
Ale dziś zobaczyłam gościa na ulicy w butach adidasa a teraz przeczytałam ten artykuł na CIA:
http://cia.bzzz.net/co_nadaje_styl_kawie
Tu nie ma Srarbaksa i Kofisrewen.
Kawa to kawa. Jedyne rozróżnienie to z mlekiem albo bez.
Groszek w puszce to groszek w puszce. Ma jakiś napis, ale nikogo to za bardzo nie obchodzi i jest tylko jeden groszek w puszce w sklepie. Czasem zdarza się inny. Pewnie dlatego, że tamtego zabrakło.
A spodnie to spodnie - długie albo krótkie albo zielone albo czerwone.
Ubrania nie mają marek. Są produkowane w Brazylii.
Nie jest to absolutnie świat idealny. Oj nie. Są shopping center i markowe sklepy. I są marki, choćby nawet słynne klapki Havaianas.
Ale całą większość społeczeństwa nie bardzo to obchodzi. I nie ma presji w szkole, że ty też musisz mieć adidasa znaczek na koszulce. Co innego tu jest ważne. A klapki Havaianas i tak można kupić pod domem w sklepie ze wszystkim. Albo na ulicznym straganiku po drugiej stronie ulicy.
Piękne.
Mam nadzieję, że nigdy się to nie zmieni.
I może dlatego Brazylijczycy bardziej wiedzą, kim są. Bo nie szukają swojej tożsamości w fikcyjnie wyprodukowanym świecie stylu marki. Tylko realnie w życiu. Nie mówię, że nie ma tu lansu. Bo jest. Kicz też jest. Całe mnóstwo. Młodych pięknych z włosami na żel i kolczykiem w uchu. Ale ich stylem jest na przykład to, że grają capoeira. Albo siedzą na schodach pod domem i pstrykają palcami. Albo robią tagi i graffiti. Albo nic nie robią. A nie to, że mają jakiś napis na metce. Albo znaczek na bucie.

niedziela, 7 czerwca 2009

głodna

Siedzę właśnie w domu, jest niedzielny późny wieczór, wszelkie życie w okolicy, na dzielnicy, przy głównych ulicach i placach zamarło. Wszystkie sklepy i bary zamknięte, uliczni sprzedawcy śpią snem zasłużonym w domach, bahianki odpoczywają, by od rana przygotowywać acarajé na wieczorny poniedziałkowy posiłek dla ludności Salvadoru.
A ja co? A ja nie śpię, tylko robię miliard rzeczy, które najlepiej robi się w nocy, czyli na przykład piszę. Myślę. Planuję. Organizuję.
13 dni mi pozostało, więc plan trzeba już mieć!
Ale wszystkie te zajęcia wbrew pozorom są męczące. Więc z tego zmęczenia zgłodniałam. A w domowej spiżarni pustki...
Postanowiłam w związku z tym przynajmniej poprzypominać sobie, jakie pyszne rzeczy można w Salvadorze zjeść.
I nie tylko co, ale i jak to można zjeść.
Przede wszystkim nie należy się przejmować tym, że nie ma się w domu nic do jedzenia. No chyba że jest późno w nocy, w niedzielę.
O każdej jednak normalnej porze posiłkowej przez cały tydzień jedzenie jest łatwo dostępne na niemal każdej ulicy, w absolutnie każdej dzielnicy Salvadoru.
Zaczyna się rano.
Otwierają się baraki, budki, przysklepowe, przyszkolne, uliczne, wolnostojące, ledwostojące tzw lanchonetes. Obecne, jak już mówiłam wszędzie. Nie to, że tylko w centrum. Albo tylko na peryferiach. Albo tylko w dzielnicach luksusowych/fawelowych. Wszędzie bez wyjątku.
A co w nich.
Przede wszystkim soki. Świeże soki z pomarańczy, papai, ananasa, melona, marakui, limonek...
Obowiązkowo z lodem i cukrem.
Po drugie koktajle czyli vitaminas. Czyli to samo, co powyżej, tyle że w wersji mlecznej.
Mój faworyt - vitamina do melão tudzież vitamina de bananas com farinha lacteal. Czyli koktajl z melona tudzież koktajl z bananów z dodatkiem farinha lacteal (nie mam pojęcia jak to się po polsku nazywa i czy w ogóle jest w Polsce spotykane, w wolnym tłumaczeniu mąka mleczna... i nie chodzi o mleko w proszku!)
Ciasta. Z mąki kukurydzianej (absolutnie uwielbiam), z mąki pszennej, z mlekiem kokosowym, z kokosa (tak zwane cocadas), torty z bananów, mleka skondensowanego...
Albo piekielnie słodkie albo prawie wcale niesłodkie - idealne do przesłodzonej brazylijskiej kawy.
Kawa właśnie. Najczęściej czarna, przesłodzona, mocna i niewielka - cafezinho.
Dla kapryśnych zdarza się i większa i z mlekiem. Rzadziej, wręcz prawie wcale się nie zdarza - bez cukru.
Bardziej konkretne przekąski - pastels. Typ pierogów, tyle że smażonych w głębokim oleju lub pieczonych z nadzieniem z mięsa, kurczaka albo sera.
Oprócz tego nieodłączne sandwiches. Czyli kanapki na ciepło. Wersja podstawowa: bułkopodobny brazylijski twór zwany wykwintnie paõ frances z seropodobnym tworem brazylijskim zwanym quejo lanche i szynką, zwaną szynką (presunto) co w połączeniu i po podgrzaniu (tudzież raczej wysmażeniu) na urządzeniu mieszczącym się w kategorii pomiędzy wielką patelnią a grillem, wysmarowanym margaryną, daje w rezultacie twór o nazwie misto.
Oferta kanapek wykracza oczywiście szeroko poza tę pozycję. Ale ta ma najlepsze notowania. Inne kanapki zachaczają już bardziej o twory hamburgeropodobne i przyrządzane są też na bułkach bardziej w kształcie tych hamburgerowych. Z miesęm, jajkiem, serem, ananasem, kurczakiem. Są nawet lokale, które zaspokajają moje europejskie kaprysy kanapki z warzywami. Ale to zdarza się rzadziej.
To w lanchonetes.
W centrum z rana pojawiają się obnośni sprzedawcy kawy. Owej wspomnianej, przesłodzonej cafezinho.
W samo południe, mniej więcej do 14, czasem 15 królują jadłodajnie wszelkiego typu. Najpopularniejsze - restauracje z jedzeniem "na kilogramy" tudzież bary z gotową ofertą 5-6 dań do wyboru - pratos feitos.
Powystawiane na ulicy plastikowe stoliki zapełniają się konsumującymi.
A na talerzach, najpopularniejsze potrawy regionalne.
Oczywiście mięso.
Carne do sol - suszone na słońcu w soli i potem przyrządzane na różne sposoby.
Carne seco.
Carne do boi.
Alternatywa to kurczak, ryby i krewetki. Muqueca de peixe, peixe frita, bobo do camarão, acarajé...
Wszystko obowiązkowo podawane z ryżem, fasolą (niezliczonych gatunków...) i czasem sałatką, najczęściej tak zwanym vinegret - pomidorem, ogórkiem i cebulą drobno pokrojonymi i doprawionymi oliwą.
Wszystko posypane farofą, czyli mąką z manioku i doprawione molho de pimenta. Biada obcokrajowcowi, który nie wie jak ostra jest to przyprawa i nie pożałuje sobie sosu, polewając obficie swój posiłek... Już kropla wystarczy żeby paliło w gardło.
Restauracje "na kilogramy" oferują oprócz tego często owoce, sałaty, gotowane warzywa...
Po obiedzie zawsze czeka darmowe, niemal obowiązkowe cafezinho.
Poczynając od pory obiadowej na ulicach zaczyna roić się od sprzedawców słodyczy i owoców.
Owoce - to te, które rzadziej spotyka się w warzywniakach i te które można zjeść od razu: kaki (słodkie, czasem spotykane w Europie owoce, wyglądające jak niedojrzałe pomidory), jabłka, obrane kawałki ananasa, banany.
Słodycze. Ach. Pełna paleta. Popularne doce de leite ze skondensowanego mleka, doce de goiaba czyli goiabada (przesłodki przetworzony owoc goiaba wpostaci marmoladopodobnej, tyle że o stałej konsystencji naszych batoników) najczęściej w towarzystwie requejão, czyli w tłumaczeniu twarogu, który wcale twarogiem nie jest (raczej mniej słonym i w ogóle mniej typem sera). Połączenie tych dwóch ostatnich to słodka przekąska potocznie zwana Romeo&Julietta. Słodkości z mleka kokosowego i z orzechów krojone przez sprzedawców w momencie zakupu. Wszystko inne przygotowane do natychmiastowego spożycia, poporcjowane w kształt batonów.

Potem nadchodzi pora późnopopołudniowa. Pora zwiększonego ruchu, zamykania biznesów, powrotu do domu.
A na ulicach serwuje się gotowaną kukurydzę w kolbach, gotowane fistaszki, zupę kukurydzianą (mój faworyt tak zwana mungunzá z białej kukurydzy i mleka kokosowego z dodatkiem pachnącego cynamonu), z mąki pszennej lub z manioku. Wszystko nakładane przez sprzedawców z buchających parą obnośnych wózko - kuchni.
Oprócz tego beiju - placki z mąki z manioku (suchej, bez dodatku wody, która pod wpływem ciepła zamiena się magicznie w placek) serwowane na słono lub na słodko, ze wszystkim, czego dusza zapragnie w każdej możliwej kombinacji - ser i kokos, ser i goiabada, ser i szynka, mięso i ser, kurczak, oliwki i suszone pomidory, doce de leite i kokos, banan i czekolada.. Przyrządzane na oczach kupującego, ciepłe i smakowite.
No i oczywiście acarajé. Najbardziej bahiańska z bahiańskich potraw, serwowana przez rodowite bahianki w bahiańskich strojach wprost na ulicy. Racuchy z mąki kukurydzianej smażone na głębokim oleju, przekrojone na pół i wypełnione pastą z krewetek i oleju z dende z dodatkiem vinegret i preferencyjnie pimenty. Serwowane w dwóch wersjach - z lub bez gotowanych, ledwo co obranych krewetek. Alternatywą do acarajé jest ábara - podobnie przyrządzone ciasto z mąki kukurydzianej, doprawione krewetkami i gotowane zawinięte w liście bananowca. Zdrowsza wersja, bo bez tłuszczu, z tymi samymi dodatkami, co acarajé. To taki nasz europejski kebab. Tutaj zamiast mówić "chodźmy na kebaba" mówi się "chodźmy na acarajé". I daleko iść nie trzeba. Obecne zawsze w miejscu każdej festy ulicznej, w okolicach każdego zwiększonego ruchu towarzyskiego.
A jeśli chodzi o ruch towarzyski. Typowym jedzeniem "imprezowym" jest oczywiście churasco. Czyli mięsne szaszłyki. Straganowe churascarie rozstawiają się zawsze na sambowych wtorkach na Pelourinho, są nieodłączne podczas karnawału.
W takich miejscach, jak i na plażach, krążą też zawsze obnośni sprzedawcy queijo - wielkich kawałów sera nadziewanych na patyk szaszłykowy, podgrzewanych bezpośrednio na ogniu (każdy sprzedawca zaopatrzony jest w kaganek z węgielkami), posypywanych oregano i polewanych oliwą.

Oprócz smaku, niezapomniany jest charakter jedzenia w Salvadorze. Przede wszystkim spożywanie i gotowanie wprost na ulicy, obnośny handel posiłkami, wszystko wkomponowane w miejski ruch, nieodłączne od rytmu miasta.
I wszystko tradycyjne, typowe i bahiańskie; będąc jednocześnie powszechnym, codziennym.
Cóż tradycyjne. Często wręcz święte - jedzenie, którym posilają się mieszkańcy Salvadoru codziennie na ulicach to też jedzenie bogów - orixás i caboclos, składane im w ofierze i gotowane na ich cześć podczas świąt candomblé.
I oto jak spotyka się codzień sacrum z profanum. Tradycja z ulicznym życiem i rytmem wielkiej brazylijskiej metropolii.
To przeplatanie się sacrum i profanum dzieje się na Bahia nie tylko w sferze gastronomii. Każda dziedzina aktywności zdaje się czerpać trochę z tego, trochę z tego. Kultura brazylijska jest kulturą spotkania świętego z powszechnym, ludowym.
Ale o tym innym razem, moje dziatki. Zrobiłam się tak głodna, że chyba muszę pójść spać.

środa, 3 czerwca 2009

zapiski wymądrzone, sprzed 2 dni

Właśnie łączę przyjemne z pożytecznym.
Nawet kilka przyjemnych rzeczy z kilkoma pożytecznymi.
Pierwsze połączenie przyjemnego z pożytecznym jest takie, że leżę w hamaku z laptopem na kolanach, słuchając rozbijającego się o skały poniżej oceanu. Czas: środek brazylijskiej nocy. To przyjemne. Pożyteczne, że w końcu myślę, analizuję, zbieram.
Kolejne połączenie to to, że uczę się obsługi macowego programu do tworzenia dokumentów i zapisuję w końcu jakiekolwiek wnioski z tego, co od czterech miesięcy widzę i słyszę.

Pierwszy wniosek jest taki, że bardzo trudno się samodyscyplinować. Nic niby nowego. Utrzymywanie zmysłów na poziomie ciągłej uwagi, rejestrowanie i antropologiczne interpretowanie rzeczy, ktore dzieją się naokoło wymaga owej autodyscypliny. A łapię się czasem na tym, że jadę salvadorskim autobusem przez kompletnie egzotyczne dzielnice pełne ulepionych domków, czerwonej ziemi i autentycznej, południowoamerykańskiej dżungli i nie myślę. Nie patrzę. Nie zachwycam się.
Moje zmysły tak szybko przyzwyczaiły się do nowego, że muszę sobie przypominać, jak fascynujące i inne od znanych mi rzeczy jest to, co codziennie widzę, kiedy wychodzę rano po owoce na śniadanie. Na szczęście mam ze sobą aparat, który działa trochę jak magiczne szkiełko. Przez obiektyw wszystko wydaje się bardziej fascynujące. On odświeża moje spojrzenie.
Zastanawiam się, czy będę w stanie cokolwiek o tych czterech miesiącach napisać po powrocie. I obawiam się, że nie. Że ten ocean, który właśnie słyszę i upał od którego jestem cała mokra jest stymulatorem i inspiracją. Inspiracją, którą tak łatwo stracić, zignorować, nie wykorzystać. I cóż to zdanie zadziałało jak zaklęcie, chwila nieuwagi i już nie wylewa się z mojej głowy wszystko to , czego przed chwilą niemal nie zdążałam zapisywać. Zawsze w takim momencie, jak teraz - zwieszenia nad klawiaturą, przypomina mi się to, co Szymborska pisała i mówiła na temat natchnienia. Straszna to zmora, która czasem trzyma człowieka w nieznośnym oczekiwaniu i owym właśnie zawieszeniu nad klawiaturą albo kartką przez długie godziny. Każdy, kto kiedykolwiek musiał coś napisać, czy to z wewnętrznego czy zewnętrznego przymusu, wie jaka to męczarnia, kiedy słowa po prostu nie chcą przyjść do głowy. Są tylko jakieś urywki, kolory, odczucia, obrazy.
Kolejna wątpliwość. Czy tak naprawdę to, że walczę ze snem zapisując myśli, analizy, wnioski, co do słuszności których nie mam tak naprawdę pełnej pewności, ma jakąkolwiek wartość i przynosi komukolwiek realny pożytek?
O tym pewnie zadecyduje czas. Moją obawę budzi tylko to, że każde zapiski, jakie czytam po upływie pewnego czasu, wydają mi się naiwne i głupie. Niby to pozytywna oznaka - najwyraźniej się rozwijam. Czy jednak dojdę kiedykolwiek do takiego momentu, kiedy uznam za wartościową pracę wykonywaną w przeszłości? Bo jeśli nie, to jaki jest sens zapisywania kolejnej kartki, jeśli i tak za parę dni, miesięcy, lat będę miała ochotę ją zgnieść i wyrzucić.

Ale miało być o wnioskach.

Drugi wniosek jest taki, że to ja sama jestem obiektem badań. Paradoksalnie tematem jestem ja w obcej kulturze, a nie obca kultura. Bo nie da się tego ja pozbyć. Jak zawsze, po ludzku wysuwa się ono na pierwszy plan. Jest punktem referencji i zaczepienia. I dobrze chyba, bo gdyby go nie było, nic bym nie pisała. I nawet jeśli opisuję zjawisko zupełnie ode mnie niezależne i zewnętrzne, choćby nawet ceremonię candomblé, to i tak siedzi w tym moje ja. Tylko ukryte. W doświadczeniach i sposobie, jaki patrzę na świat i selekcjonuję informacje do opisu, i w końcu jak analizuję i interpretuję, to co widzę. Do tego jeszcze dochodzą emocje, które teoretycznie w suchym opisie antropologicznym nie powinny się pojawiać, w opowieści antropologicznej już jest ich więcej, ale nadal to nie na nich powinna skupiać się uwaga, a które przecież w istotny sposób wpływają na to, co w danej chwilii myślę i robię. I nie da się ich wyzbyć, a co wydaje mi się znamienne - szczególnie w sytuacji antropologa, który spotyka się z rzeczą nową, obcą (w rozumieniu egzotyczną, bo wiadomo, że przedmiot obserwacji i badań nie może być mu obcy). I choć ideałem jest uniesienie się ponad ja, to ona zawsze i niezmiennie w mniejszym lub większym stopniu będzie w tekście antropologicznym funkcjonować, jeśli nie jako ja prywatne o przynajmniej jako ja zbiorowe - ja mojej własnej kultury.
I tu pojawia się odwieczny problem współczesnej antropologii. Europocentryzm.
Najnowocześniejsza postawa nakazuje mówić, że to źle, unieśmy się ponad nasz europocentryzm. Problem w tym, że się nie da.
Ja sama w europocentryzmie nie widzę nic złego. Wiem za to, że niesie ze sobą zagrożenie. Nie neguję go, bo jest moją bazą, której nie potrafię się pozbyć i która daje mi oparcie i podstawę do rozważań. Często jest ciężarem. Ale to też skłania do pogłębionych przemyśleń. I właśnie, o ile owy antropocentryzm skłania do przemyśleń, nie jest niczym złym. Gorzej jeśli jest to narzędzie kategoryzacji i oceny. Ale wtedy raczej nie mamy do czynienia z antropologią, ale z kolonizatorstwem lub bajkopisarstwem.

pogawędka

Gawędziliśmy sobie dziś z Polocą po treningu.
O różnych rzeczach mniej i bardziej ważnych, jak to bywa w przypadku pogawędek.
Kilka zdań istotnych jednak padło.
O pochodzeniu capoeira.
Poloca WIERZY/UFA/ZAWIERZA (port. acreditar) historii z tańcem zebr (taniec n'golo). Że rytuał był najpierw w Afryce i przeobraził się w Brazylii (w inny rytuał de facto).
Spytałam czy tylko o zebrę chodzi i czy był tylko ten jeden rytuał czy jakieś inne może też - taki np taniec małpy. Bo jakoś mnie dotknęła ta dyskryminacja innych zwierząt.
Na co Poloca powiedział, że w rzeczywistości capoeira przypomina ruchy wielu zwierząt i że on sam WIERZY też w historię o tym, że afrykanie podpatrywali zwierzęta w dżungli i adaptowali ich ruchy. Tu nastąpił szereg prezentacji ruchów z odpowiednim komentarzem. Chapa od zebry, cabecada od byka, małpie ruchy, wężowe ruchy itd.
Po czym pogawędka zeszła na temat naszej ulubionej opozycji angola - regional.
Poloca myśli, że regional z taką łatwością rozprzestrzenił się na całym świecie, bo:
A. jest wybielony, tudzież zbielały
Czyli ucywilizowany, wyzbyty z rytuału, mandinga. I to "chwyta" lepiej, jest bezpieczniejsze, łatwiej zrozumiałe, w związku z czym popularne.
B. jest szybki i prosty
Wystarczą 4 lata ćwiczenia regional i już jesteś figurą, jeśli się starasz. Już kopiesz pięknie, ciało masz mężne. I w związku z tym rozwój i rozprzestrzenianie się regional jest proste i szybkie - 4 lata i mamy kolejne pokolenie instruktorów którzy zakładają swoje akademie i kolejne 4 lata i.... oto regional w całej Europie, USA i Azji.

Po czym Poloca zaprezentował benção i meia lua, zadając retoryczne pytanie, co jest trudnego w zrobieniu takiego machnięcia nogą.
No nic trudnego.
Dlaczego więc uczymy się angoli 20 - 30 lat?
Bo miejsce capoeira nie jest tu, powiedział Poloca podciągając rękaw koszulki i odsłaniając biceps, ale tu - położył obydwie dłonie na głowie.
Capoeira mieszka w głowie i w tym cały tkwi ambaras... (żeby dwoje jogowało naraz).

wtorek, 2 czerwca 2009

zupa pomidorowa

No dobrze.
Jestem w Brazylii czwarty miesiąc.
I co?
I mam mętlik w głowie, więc czas chyba to wszystko uporządkować. Mniej więcej i o ile się da.
Przeżyłam enkulturację. Na własnej skórze. Nie polecam nikomu. Co gorsze proces ten w moim przypadku nadal trwa. Polega na tym, że w jednej z dziedzin swojego życia, która, jak odkryłam jest dziedziną podstawową, bo pozwala na funkcjonowanie w otaczającym świecie, która to dziedzina hucznie i ogólnikowo nazwana jest KULTURĄ, więc w niej właśnie zostaje się zredukowanym do poziomu zero. Lub też poziomu pierwszego, zważywszy na przeczytane wcześniej książki, obejrzane filmy itp, traktujące o kulturze, w której przeżywa się enkulturację. Jednak w zderzeniu z ową rzeczywistością kulturową wszystkie książki, filmy itp wydają się jednak mieć wartość dość mierną, z racji na ogólnikowość, z jaką podchodzą do tematu. Owa bowiem rzeczywistość kulturowa jest tak skomplikowana, tak złożona i tak okrutnie szczegółowa, że nikomu chyba po prostu nie chce się jej opisywać. Z resztą i po co. A może nie da się tego wszystkiego opisać? Nie wiem.
W każdy razie, startując z owego poziomu zero, tudzież w szczęśliwym przypadku z poziomu pierwszego, najboleśniej w pierwszej kolejności dotknięte jest EGO. Okazuje się bowiem, że trzeba być pokornym i uświadomić sobie, że jest się kompletnie zależnym od innych, w danej kulturze obeznanych. Oczywiście odkrywa się pewne rzeczy samemu, jak na przykład to, że zupa pozostawiona w Brazylii poza lodówką fermentuje w przeciągu 2 godzin, ale generalnie większość informacji otrzymuje się od tubylców w ten czy inny sposób - poprzez rozmowę lub pozawerbalnie, w codziennych, życiowych sytuacjach. Zaczyna się owy obcy kulturowo świat poznawać od najprostszych i najbardziej podstawowych elementów. Tu pojawia się odwieczny problem, podstawowe i spędzające sen z powiek niejednemu studentowi pierwszego roku antropologii lub kulturoznawstwa zagadnienie, a mianowicie OPOZYCJA KULTURA - NATURA.
Do czego zmierzam. W Brazylii w zieleniaku nie ma ziemniaków. Są batatas, batatas doces.. Więc żeby cokolwiek zjeść, czyli zaspokoić jedną z podstawowych potrzeb fizjologicznych człowieka, czyt. potrzebę wynikającą z NATURY należy conajmniej znać kilka portugalskich słów (język jak wiadomo jest jednym z podstawowych elementów KULTURY), żeby móc zapytać lub zrozumieć, co nadaje się, a co nie do jedzenia. Oczywiście można pójść do warzywniaka i rozpoznać ziemniaka po jego wyglądzie, co jest możliwe, bo mimo różnic kulturowych i agrokulturowych ziemniak do ziemniaka podobny, ale przecież nie samymi ziemniakami czlowiek żyje. A przy takim już np bananie pojawia się problem: w Brazylii istnieją dwa gatunki bananów, z czego jeden z nich (bardziej podobny do bananów znanych w Europie) nie nadaje się do spożywania na surowo, ponieważ powoduje poważne kłopoty z trawieniem. Co tam banan. No ale historie z całą paletą egzotycznych owoców, które się w brazylijskim warzywniaku spotyka, pozostawiam Waszej bujnej wyobraźni.
Kolejnym przykładem trudnego procesu enkulturacji zawadzającym o naszą opozycję kultura - natura jest taki oto obrazek: biały europejczyk o czerwonej skórze na brazylijskiej plaży.
No jak wiadomo większość brazyijczyków na Bahia (bo do Bahia zawężę moje pogłębione relacje z podróży) jest ciemnoskóra. Ciemnoskóra czyli niekoniecznie rasy tzw murzyńskiej, ale po prostu o ciemnym odcieniu skóry. Europejczycy natomiast są w większości biali. (Podkreślam użycie słowa "w większości", bo jak wiadomo i na Bahia są osoy białoskóre i w Europie ciemnoskóre, nie wspominając o innych kolorach skóry. Pozostanę jednak na tym poziomie uogólnienia w celach lepszego ukazania problemu.) Tak się składa, że osoba urodzona i wychowana na Bahia, w Brazylii, nie robi się czerwona od słońca i raczej nie cierpi od oparzeń słonecznych, bo:
A. jest urodzona na Bahia i od dziecka przyzwyczajona do słońca
B. nie leży plackiem na plaży o 12 w południe
Opozycja natura - kultura jest chyba w tym punkcie widoczna wyraźnie, jeśli nie, piszcie maile, chętnie wyjaśnię.
Oczywiście w tym przypadku, można powiedzieć, że wystarczy uruchomić zdrowy rozsądek, przykład ze słońcem i jego wpływem na naszą skórę jest dość banalny, ale chodzi o samą stukturę i ogólny zarys problemu.
Bo prawda jest taka, że i tak wszyscy Europejczycy na Bahia robią się czerwoni. Przynajmniej trochę i przynajmniej na twarzy.
Pytanie czy jest to rzeczywiście kwestia kultury, czy jednak bardziej natury, właściwości naszego ciała, skóry itd.
Nie będę się na ten temat rozwodzić, zachęcam do rozwijania tematu w komentarzach.
Generalnie zmierzam do tego, że owy proces enkulturacji jest niezbędny do funkcjonowania.
I że nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ogromną rolę w naszym życiu odgrywa kultura, dopóki nie znajdziemy się w obcej kulturze.
No żadne to odkrycie Ameryki, fraza dość płaska i pospolita. Tyle, że uwierzcie, naprawdę nie zdajemy sobie sprawy jak DUŻO zależy od kultury.
Jesteśmy nią zupełnie OKREŚLENI, OGRANICZENI i od niej UZALEŻNIENI.
Tyle na te chwilę, skłaniam do refleksji nad talerzem zupy pomidorowej, której nie gotuje się w Brazylii.
A, taka jeszcze refleksja na koniec - oczywiście nie trzeba jechać do Brazylii, żeby się tego wszystkiego dowiedzieć, wystarczy poczytać Malinowskiego, Levi Straussa, podręcznik antropologii kulturowej i inne takie. Tam to nawet jest ładnie opisane, z użyciem zwrotów naukowych i nawet bardziej wyszukanych przykładów niż ten powyżej z bananem. No i podręcznik antropologii kulturowej kosztuje dużo mniej niż bilet Brazylia - Polska w dwie strony i czteromiesięczne utrzymanie w obcym kraju.
Ale ja wiem teraz lepiej, to co wiem, mimo że czytałam jakieś tam podręczniki, zanim trafiłam za ocean. Ale ja jestem przypadkiem wyjątkowym. Zaglądajcie więc do bibliotek! (Wcale tak nie myślę, najchętniej wysłałabym 70% Europejczyków do Brazyli, bo jak się okazuje i co opisywałam już wcześniej biblioteka nie pomaga na zakuty łeb, ale to taka puenta ironiczna.)

P.S. Czy ktoś może mi powiedzieć czy pisze się zakuty czy zakłuty łeb?
I co tak w ogóle znaczy słowo zakuty tudzież zakłuty?
(Taka mnie naszła refleksja dotycząca osobliwości naszego języka polskiego...)

Zdaje się, że naszła mnie jakaś wena twórcza w końcu, więc lepiej skończę już pisać tego posta i przemyślę wszystko, co mi się właśnie z głowy wylewa i obiecuję napisać kolejnego w charakterze bardziej wyselekcjonowanych wniosków z obserwacji uczestniczącej.
No tak miałam porządkować i nie wyszło. Jak zwykle...