“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

sobota, 11 kwietnia 2009

27.03.04

Z dobrych wieści – moja stopa ma się lepiej i zaczynam wierzyć, że są szanse żeby ją wyleczyć. Roboty w moim domku prawie skończone i zdaje się, że w końcu zapanuje tu błogi spokój, ucichnie warkot wiertarki, stukanie młotka i wywietrzeje zapach farby.

Koniec marca. Tu pełno jeszcze wydarzeń związanych z dniem kobiet i marcem jako miesiącem teatru. Dziś seminarium Mulher na capoeira tem dende na roda między innymi z Janja w roli głównej. W sobotę kobieca roda na Praca da Se.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o treningach tylko dla kobiet w Nzindze, byłam trochę zdziwiona, trochę zaskoczona i trochę nieprzychylnie nastawiona do idei. Ale powoli jakoś się zaczynam z tym oswajać i próbuję rozumieć. Sprawa w gruncie rzeczy słuszna, dla mnie trochę za bardzo tchnąca wojującym feminizmem, więc trzymam dystans. Bo niby dlaczego kobiety miałyby mieć specjalne treningi i czemu mężczyźni nie mogą w nich uczestniczyć? Jakieś takie dziwne rozróżnienie. Ale zdaje się, że równość płci w roda jest w Brazylii sporym problemem i stąd to wszystko. W Europie jest mnóstwo kobiet w capoeira, teraz to widzę. Więc uczestniczę w wydarzeniach i rozmyślam o kondycji naszego płciowo podzielonego świata.

Z racji mojej czasowej ułomności fizycznej robię wszystko inne, co się da. Miałam lekcje gotowania. Muceca de peixe, bobo do camarao, escondidinho, mousse de maracuja i brigadeiro mam w małym palcu, mhmhh gostoso. Na aule taneczne tylko patrzę. Nie odważyłam się próbować grać, bo szybkość z jaką dziesięciolatki uderzają w bębny podczas tych auli przerasta moje możliwości percepcji. Za to rozwijam się dalej muzycznie w akademii Boca Rica. Tam zawsze spokojnie, często mam aule indywidualne. A muzyka na wysokim poziomie, mestre jest absolutnie genialny, jeśli chodzi o granie na berimbau i śpiewanie. Uczę się wszystkiego od nowa, bo mestre preferuje granie „dawne” bez szeleszczenia, więc to co znam mało mi się przydaje. Ale jestem już na etapie grania i śpiewania równocześnie. Tyle, że gardło mi się tu znowu ścisnęło i nic nie mogę poradzić... Może to przez zmianę klimatu...? W każdym razie śpiewać nie umiem. Znowu.

Do Nzingi zaglądam też, gram na instrumentach cały trening. Nadal pod wrażeniem miejscowych dzieciaków.

Zakochuję się coraz bardziej w mojej dzielnicy, słucham szumu morza, wieczorami mogę godzinami gapić się na latarnię morską na wyspie tuż niedaleko. Rano pływam w morzu, co by robić cokolwiek aktywnego. To jakoś moja stopa znosi.

Odwiedzam sambowe wtorki na Pelourinho. Gadam z moją współlokatorką po nocach, ćwiczę portugalski.

Rozmyślam o realcji mistrz – uczeń. Że bardzo tu ona silna z jednej strony i bardzo naturalna z drugiej. I że jest to rzecz potrzebna. Trochę chyba zatracona w Europie. Nadal zachwycona serdecznością, jaka panuje w Nzinga, choć nadal też czuję się trochę obco i spoza. Nic nowego i dziwnego, bo jestem spoza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz