“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

No.. lecze stope... zdjecie prowokacyjne, zeby nie bylo.

sobota, 11 kwietnia 2009

...

Wrzucilam zalegle na moim komputerze przemyslenia. Nie da sie wszystkiego powiedziec, opisac i wymowic. Wrzucam troche, jakies przemyslenia, refleksje, urywki. A tak naprawde dzieje sie cale mnostwo. Czasem nie potrafie nic napisac, czasem nie chce, czasem nie mam kiedy. Trudno tak nie na zywo. Agnieszka w Brazylii. Z nia na zywo troche inaczej, moze wam cos opowie, jak wroci :)
Haslo ostatnich dni: SZUKAM.

grupa

Deszczowo.

Trochę jakby stagnacja. Ciągle mam wrażenie, że robię za mało, choć cały dzień jestem czymś zajęta i w biegu, nie wiem jak to się dzieje. Zaczyna poważnie męczyć niesprawna stopa – nie mogę robić mnóstwa rzeczy, które robić chcę i potrzebuję. Zaczyna to być nawet frustrujące. Próbuję problem rozwiązywać, ale zdaje się że nic nie pomaga.


W Nzindze po spotkaniu organizacyjnym, podsumowującym eventy. Trochę się nawet poczułam jak członek grupy. Myślę, że to jest czynnik, który czyni z Nzingi grupę wyjątkową. Oczywiście jest ich capoeira. Ale sposób w jaki działają – że są realnie grupą, która ma poczucie bycia razem, działania razem, która generuje wspólnie pomysły, rozwiązuje problemy, dyskutuje i istnieje jako jednostka społeczna. Myślę, że to idealny model funkcjonowania grupy capoeira – nie jest to tylko instytucja sportowa, do której się przychodzi, płaci, trenuje, wychodzi, jak na zajęcia fitness czy siłownię. Mam wrażenie, że w każdej grupie, zbiorowisku osób tkwi zalążek, potencjał działania społecznego, zmieniania świata naokoło, a jeśli nie zmieniania to chociaż współistnienia ze społeczeństwem naokoło. Od osób już tylko zależy, czy chcą realnie istnieć jako GRUPA i jakkolwiek działać.

27.03.04

Z dobrych wieści – moja stopa ma się lepiej i zaczynam wierzyć, że są szanse żeby ją wyleczyć. Roboty w moim domku prawie skończone i zdaje się, że w końcu zapanuje tu błogi spokój, ucichnie warkot wiertarki, stukanie młotka i wywietrzeje zapach farby.

Koniec marca. Tu pełno jeszcze wydarzeń związanych z dniem kobiet i marcem jako miesiącem teatru. Dziś seminarium Mulher na capoeira tem dende na roda między innymi z Janja w roli głównej. W sobotę kobieca roda na Praca da Se.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o treningach tylko dla kobiet w Nzindze, byłam trochę zdziwiona, trochę zaskoczona i trochę nieprzychylnie nastawiona do idei. Ale powoli jakoś się zaczynam z tym oswajać i próbuję rozumieć. Sprawa w gruncie rzeczy słuszna, dla mnie trochę za bardzo tchnąca wojującym feminizmem, więc trzymam dystans. Bo niby dlaczego kobiety miałyby mieć specjalne treningi i czemu mężczyźni nie mogą w nich uczestniczyć? Jakieś takie dziwne rozróżnienie. Ale zdaje się, że równość płci w roda jest w Brazylii sporym problemem i stąd to wszystko. W Europie jest mnóstwo kobiet w capoeira, teraz to widzę. Więc uczestniczę w wydarzeniach i rozmyślam o kondycji naszego płciowo podzielonego świata.

Z racji mojej czasowej ułomności fizycznej robię wszystko inne, co się da. Miałam lekcje gotowania. Muceca de peixe, bobo do camarao, escondidinho, mousse de maracuja i brigadeiro mam w małym palcu, mhmhh gostoso. Na aule taneczne tylko patrzę. Nie odważyłam się próbować grać, bo szybkość z jaką dziesięciolatki uderzają w bębny podczas tych auli przerasta moje możliwości percepcji. Za to rozwijam się dalej muzycznie w akademii Boca Rica. Tam zawsze spokojnie, często mam aule indywidualne. A muzyka na wysokim poziomie, mestre jest absolutnie genialny, jeśli chodzi o granie na berimbau i śpiewanie. Uczę się wszystkiego od nowa, bo mestre preferuje granie „dawne” bez szeleszczenia, więc to co znam mało mi się przydaje. Ale jestem już na etapie grania i śpiewania równocześnie. Tyle, że gardło mi się tu znowu ścisnęło i nic nie mogę poradzić... Może to przez zmianę klimatu...? W każdym razie śpiewać nie umiem. Znowu.

Do Nzingi zaglądam też, gram na instrumentach cały trening. Nadal pod wrażeniem miejscowych dzieciaków.

Zakochuję się coraz bardziej w mojej dzielnicy, słucham szumu morza, wieczorami mogę godzinami gapić się na latarnię morską na wyspie tuż niedaleko. Rano pływam w morzu, co by robić cokolwiek aktywnego. To jakoś moja stopa znosi.

Odwiedzam sambowe wtorki na Pelourinho. Gadam z moją współlokatorką po nocach, ćwiczę portugalski.

Rozmyślam o realcji mistrz – uczeń. Że bardzo tu ona silna z jednej strony i bardzo naturalna z drugiej. I że jest to rzecz potrzebna. Trochę chyba zatracona w Europie. Nadal zachwycona serdecznością, jaka panuje w Nzinga, choć nadal też czuję się trochę obco i spoza. Nic nowego i dziwnego, bo jestem spoza.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009