“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

niedziela, 22 marca 2009

Często czuję się tu jak dziecko. Które uczy się robić zakupy, uczy się nazw dni tygodnia, uczy się, jak się zachowywać w towarzystwie. Capoeirowo też czuję się jak dziecko. I to takie duże, niezgrabne dziecko. Co już powinno wiedzieć, a nie wie i trzeba je strofować. Brazylijczycy mają do obcokrajowców też podejście raczej pobłażliwe. Czasem wydaje mi się, że są nawet nimi zmęczeni.
To wartościowe doznanie, mimo że bywa piekielnie nieprzyjemne. I myślę, że zmienia sposób patrzenia na świat i podejście do ludzi, rewiduje własne pojęcie otwartości.
To też zupełnie co innego, niż kiedy jedzie się gdzieś na dwa tygodnie. Ma się plan wycieczki, opłacone bilety w dwie strony i przewodnik w ręku. Zwiedza się zabytki, ogląda kolekcje muzealne, je lokalne potrawy po czym wraca się do domu z siatką pamiątek i pełną kartą pamięci w aparacie. Status turysty jest jasno określony, chroniony przez turystyczny przemysł.
Jeśli jednak przyjeżdża się w jakieś miejsce, po to żeby tam być cztery miesiące, status ma się mocno nieokreślony. Nie jest się stąd i chwilowo nie jest się też stamtąd. Jest się tu ale nie będąc swoim. Wszystko jest obce i nowe, i wszystkiego trzeba się uczyć od początku. I nie chroni cię żadna etykietka. Na własne życzenie pchasz się w obcą kulturę, próbując w niej funkcjonować.
Traktuję ten wyjazd jak wyzwanie.
Od kiedy sam pomysł zakiełkował mi w głowie, było to wyzwanie. Żeby zdobyć pieniądze. Żeby wytrwać do końca w podjętej decyzji i nie stchórzyć tuż u celu. Potem żeby nie wyjechać po tygodniu. Żeby wykonać pierwszy telefon do Brazylijczyka. Żeby znaleźć własne mieszkanie. Żeby pójść na festę candomble. Żeby nie oberwać za bardzo w roda, a wcześniej żeby w ogóle do niej wejść, opanowując emocje przemieszane ze strachem – tym, który jest zawsze, kiedy się klęczy u stóp berimbau, tylko spotęgowanym razy dziesięć. I doskonale wiem, że szereg wyzwań czeka mnie aż do wyjazdu. I wkurza mnie to czasem, czasem mam ochotę wrócić, a czasem mam tak ogromną satysfakcję, że mam ochotę stanąć na plaży i krzyczeć, że wcale stąd nie wyjadę. Czasem czuję się kompletnie bezsilna i w takich momentach najbardziej tęsknię. A z drugiej strony, kiedy coś się udaje, czuję się bardzo pewnie i dobrze.I ciągle towarzyszy mi nieznośnie poczucie, że czas ucieka i jest go coraz mniej, a ja za mało wyzwań mam już za sobą i za wiele jeszcze do zrobienia.

2 komentarze:

  1. Bardzo interesująca analiza, ładnie o tym wszystkim piszesz. Ale widzę, że coraz lepiej się czujesz, więc będzie dobrze ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnie, ze bedzie... Nie przewiduje innego scenariusza :)

    OdpowiedzUsuń