“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

wtorek, 31 marca 2009

chwilowo

Chwilowo tylko pare slow wrzuce. Mam mnostwo zaleglych opowiesci na komputerze w domu i przy najblizszej okazji zamieszcze.
A przyszlo do mnie nagle, gdzies od strony oceanu za moimi plecami, ze zaczynam powoli tracic poczucie swojego miejsca na ziemi. No nie wiem, nie wiem gdzie ono jest. I przez najblizsze 3 miesiace stan ten sie bedzie tylko pogarszal, cos czuje... Rozchwiana troche, na rozstaju troche, poszukujaca bardzo.

niedziela, 22 marca 2009

widok z okna




tutaj macie moj widok z okna :) calkiem przyjemnie, co?

a tak poza tym, to zakochana...

Stało się. Zakochałam się. Bardzo.
Miałyśmy trudne początki, ale zaczynamy się rozumieć coraz bardziej.
Ma na imię Brazylia. Jest piękna. Żywiołowa.
Dziś pierwszy raz śniła mi się Warszawa i Dworzec Wschodni. Obudziłam się w panice, że jestem już w Polsce. Ale usłyszałam morze rozbijające się o skały za moimi oknami i z ulgą uświadomiłam sobie, że jeszcze nie.
Już nie chce mi się wracać. I już kombinuje, co mogłabym tu robić, żeby zarobić na życie.
Zdaje się, że mam już okres przejściowy za sobą. Przeprowadziłam się do nowego domu, usypia mnie dźwięk fal, rano jem śniadanie z widokiem na morze. Mieszkam pięć sekund schodzenia ze schodów od akademii Nzinga i jakieś dziesięć sekund schodzenia ze schodów od najładniejszej plaży w mieście. Ludzie naokoło życzliwi, sąsiedzcy.
Mam przestój w jakichkolwiek działaniach – zrobiłam sobie krzywdę w stopę, nie bardzo się tym przejmowałam i ćwiczyłam z uszkodzoną stopą dwa dni, więc teraz nie mogę nawet chodzić. Dzień wyjęty z życia w hamaku w domu. A tam mnóstwo spraw do zrobienia i odkrycia.
Poloca wrócił z wojaży i prowadzi treningi – ach ach :) W akademii unosi się pełno mandingi w powietrzu, połączonej w przyjemną miksturę z domową atmosferą, chęcią działania i zmieniania świata. Wszystko, co lubię najbardziej. Było wydarzenie w związku z 8 marca, w przyszłą sobotę rodzinny bazar.
Oprócz tego aule tańców orixas. Z brzuchatym, groźnym i cmokającym z niezadowolenia podczas treningów, a roześmianym szczerze po auli pai do santo. Rusza się niesamowicie, zmienia energię ruchu z niebywałą łatwością, z lekkiej na ciężką, z szybkiej na wolną... A wszystkie te umiejętności skrzętnie ukrywa w swojej mocno ciężkawej posturze. Na pierwszy rzut oka – taki to ot wujaszek z brzuszkiem.
No i od czasu do czasu aula czysto techniczna, stricte capoeirowa, wycieńczająca do stanu kompletnie mokrej koszulki w akademii mestre Boca Rica. I tam piękna, piękna capoeira. Pływająca, wynikająca, dialogująca, unosząca się nad ziemią. I muzyka, jak oni grają na berimbaus. Wszystkiego muszę się uczyć od nowa, droga pod górkę i kamienista...
W międzyczasie ostatnio głównie sprawy z przeprowadzką i zadomawianiem się w nowym miejscu. Kupowanie garnków, kombinowanie łóżka, sprzątanie, urządzanie itd. itp.
Dobrze mi tu. Choć ciągle mam poczucie, że jeszcze za mało wiem, widziałam, robię. I ciągle chcę więcej i wiem, że czas ucieka i mam go coraz mniej. Miesiąc już minął.
Często czuję się tu jak dziecko. Które uczy się robić zakupy, uczy się nazw dni tygodnia, uczy się, jak się zachowywać w towarzystwie. Capoeirowo też czuję się jak dziecko. I to takie duże, niezgrabne dziecko. Co już powinno wiedzieć, a nie wie i trzeba je strofować. Brazylijczycy mają do obcokrajowców też podejście raczej pobłażliwe. Czasem wydaje mi się, że są nawet nimi zmęczeni.
To wartościowe doznanie, mimo że bywa piekielnie nieprzyjemne. I myślę, że zmienia sposób patrzenia na świat i podejście do ludzi, rewiduje własne pojęcie otwartości.
To też zupełnie co innego, niż kiedy jedzie się gdzieś na dwa tygodnie. Ma się plan wycieczki, opłacone bilety w dwie strony i przewodnik w ręku. Zwiedza się zabytki, ogląda kolekcje muzealne, je lokalne potrawy po czym wraca się do domu z siatką pamiątek i pełną kartą pamięci w aparacie. Status turysty jest jasno określony, chroniony przez turystyczny przemysł.
Jeśli jednak przyjeżdża się w jakieś miejsce, po to żeby tam być cztery miesiące, status ma się mocno nieokreślony. Nie jest się stąd i chwilowo nie jest się też stamtąd. Jest się tu ale nie będąc swoim. Wszystko jest obce i nowe, i wszystkiego trzeba się uczyć od początku. I nie chroni cię żadna etykietka. Na własne życzenie pchasz się w obcą kulturę, próbując w niej funkcjonować.
Traktuję ten wyjazd jak wyzwanie.
Od kiedy sam pomysł zakiełkował mi w głowie, było to wyzwanie. Żeby zdobyć pieniądze. Żeby wytrwać do końca w podjętej decyzji i nie stchórzyć tuż u celu. Potem żeby nie wyjechać po tygodniu. Żeby wykonać pierwszy telefon do Brazylijczyka. Żeby znaleźć własne mieszkanie. Żeby pójść na festę candomble. Żeby nie oberwać za bardzo w roda, a wcześniej żeby w ogóle do niej wejść, opanowując emocje przemieszane ze strachem – tym, który jest zawsze, kiedy się klęczy u stóp berimbau, tylko spotęgowanym razy dziesięć. I doskonale wiem, że szereg wyzwań czeka mnie aż do wyjazdu. I wkurza mnie to czasem, czasem mam ochotę wrócić, a czasem mam tak ogromną satysfakcję, że mam ochotę stanąć na plaży i krzyczeć, że wcale stąd nie wyjadę. Czasem czuję się kompletnie bezsilna i w takich momentach najbardziej tęsknię. A z drugiej strony, kiedy coś się udaje, czuję się bardzo pewnie i dobrze.I ciągle towarzyszy mi nieznośnie poczucie, że czas ucieka i jest go coraz mniej, a ja za mało wyzwań mam już za sobą i za wiele jeszcze do zrobienia.

sobota, 7 marca 2009

brazylijskie interesy

ufff
Zajely mi ostatnie dwa dni :) W Warszawie zajeloby mi to pewnie 2 godziny :)
Niesamowite, ale calkiem mi odpowiada taki styl zycia :D
Spedzilam cale dwa dni z rzemieslnikiem, ktory robi berimbaus. Cudny czlowiek. Jestem juz wprowadzona w tajniki teoretyczne, czekaja mnie teraz lekcje praktyczne i wyprawa na wyspe po drewno. Wiec wroce do polski z zapasem i bede strugac ;) Ale to ogrom wiedzy. Co chwila tu takich niesamowitych ludzi poznaje, wiec jest coraz coraz lepiej.
Wczoraj dostalam na rodzie w Nzindze. Nie bradzo, ale troszke. Bylo milo :) Moja pierwsza roda na Bahia juz za mna. Stres mialam mocny przed wejsciem.
A tak poza tym tranquilo.

czwartek, 5 marca 2009

Brazylia sim Brazylia nao

Czyli ze pelno tu sprzecznosci.
Piekne rezydencje z ochrona i prywatnymi basenami dla rezydentow doslownie OBOK domkow posklecanych z cegiel, tektury i czego popadnie.
Piekna plaza, morze, palmy obok ruchliwej autostrady.
Slonce i usmiech od ucha do ucha - przestepczosc, przemoc, bieda.
I ja tez sie tu czuje rozdarta. Z jednej strony zakochana. W ludziach, w widokach, w sloncu, z drugiej czuje, ze jest tu totalnie inaczej, troche dziko, troche przerazajaco. Nieznanie.
Nieznosze tego brudu, smrodu i zgielku dziwnie - wielko - miejskiego. I nie chce wcale stad wyjezdzac. Podobno zawsze sa dwie strony medalu.
Wydaje sie, ze Salvador ma je jasno okreslone i obydwie mocno wypolerowane.
Aule w Nzindze. Magicznie, swojsko, przyjaznie.
Szukanie nowego mieszkania z pozytywnym efektem - jak dobrze pojdzie w przyszlym tygodniu wprowadzam sie do swiezo odnowionego domku z widokiem na morze, 3 sekundy piechota od Nzingi. Za smieszna cene wynajmu.
Udalo mi sie zakupic brazylijska komorke i juz prawie zrozumiec jak to dziala. Udalo mi sie tez w koncu przestac gubic w tych okropnych autobusach. Dzis byl pierwszy dzien, kiedy nie zgubilam sie ani razu. Po prostu przestalam czytac co tam maja napisane bo to i tak bezuzyteczne. Przedziwny system. Ech. Kocham komunikacje miejska w Warszawie, mysle ze jest idealna. Jesli ktos mysli inaczej, zapraszam do Salvadoru.
Powoli coraz coraz lepiej.

wtorek, 3 marca 2009

szybkie wrazenia z pierwszych auli

szybkie, bo siedze w kafejce i malo mi czasu zostalo :)
Pierwsza rzecz jaka widzialam to wlasciwie gra w akademii Boca Rica. Przyszlam tam i zastalam professora - syna Boca Rica (jest chyba kurde mlodszy ode mnie!) i jeszcze jednego goscia z grupy. Posadzili mnie na laweczce, jak powiedzialam, ze chce obejrzec jakas rode albo trening albo co, i grali przez dobre pol godziny, a ja siedzialam z otwartymi szeroko oczami. Cos mam z tymi oczami, ze mi sie tak szeroko co chwila otwieraja w tej Brazylii. Piekna, piekna gra. Plynna, akrobatyczna, ale bez przesady i utylitarnie. Troche montesiowa gra. Poszlam w zwiazku z tym na aule do nich wczoraj, ale juz mniej zachwycona - sami turysci byli i jakos tak... Turystycznie. No i jak prowadzacy trening powiedzial, ze nastepnego cwiczenia nie musza robic dziewczyny, bo moze byc dla nich za trudne i pokazal au, to zwatpilam. Aczkolwiek ten professor sie wydaje sensowny wiec bede do nich tam zagladac czasem pewnie.
Bylam tez na roda w akademii Mestre Curio. Wzbudzil moj ogromny, ogromny szacunek. Stary, dziadowaty, chodzil po tej akademii i krzyczal na dzieci - mestre wypisz wymaluj. Ale robi piekna prace. Roda byla magiczna, pelna dymu z kadzidel i rytualow. Mnie tez mestre okadzil. Jestem okadzona przez mestre. Ale gra nie moja ewidentnie, zupelnie inna niz u Boca Rica.
No i wczoraj trening w Nzinga. I to zdecydowanie jest to. Klimat kompletnie inny. Dzieciaki na treningu zasuwaja na berimbauach i spiewaja glosniej niz my wszyscy razem wzieci. A jak Janja zaspiewala, to zaczelam sie zastanawiac skad ma to sile. Bo to nie bylo glosno. Ale mocno, zdecydowanie i pieknie. Ruszaja sie niesamowicie. Po auli pogadanka o priorytetach i zblizajacych sie eventach. Zachwycona nimi jestem.
Jeszcze mam w planach pare wizyt, wiec bede opisywac na biezaco.