“But human nature—“ Fuck you. Enough said. Human nature is what we make it, and you know that too, whether or not you want to own up to it—you cowardly excuse-mongering bastards.

czwartek, 26 lutego 2009

karnawal i inne silne wrazenia

ufffff
Dzien pelen wrazen.
Ale po kolei.
Karnawal. Niewyobrazalne. Pieklo wywrocone do gory nogami do tego stopnia ze jest eskalacja raju. Wielka plenerowa impreza, niesamowita energia, niesamowite.. Ach no nie wiem, jak to opisac. Kto nie widzial, musi zobaczyc. Niesamowite. Nie moglam chodzic nastepnego dnia, nigdy w zyciu nie tanczylam tyle jednej nocy i z tak wieloma roznymi ludzmi :)
To byl chrzest bojowy imprezowo sambowy.
A dzis mialam chrzest komunikacyjny, chrzest "jak byc turysta w Salvadorze i nie dac sie naciagnac" i chrzest capoeirowy.
Komunikacja autobusowa w Salvadorze jeszcze nadal troche mnie przeraza. I tym, z jaka szybkoscia i zywiolowoscia panowie autobusiarze kieruja pojazdami i tym, jak skomplikowany jest system przystankowo - trasowy. Ale powoli sie ucze.
Jak juz udalo mi sie dotrzec do centrum to mialam chrzest typu "kup kup kup przyjaciolko".
Dalam rade.
Generalnie chodzilam caly dzien z szeroko otwartymi oczami i mocno zagubiona. Cale mnostwo bodzcow, kolorow, dzwiekow, zapachow, ludzi.
I wszystko zupelnie inne. Mozna sie zagubic.
Nieopatrznie z takimi wielkimi oczami stanelam tez przed goscmi, ktorzy na ulicy robili rode, popisywali sie akrobacjami i zbierali kase od turystow. Widzac moje wielkie oczy, jeden mnie zlapal za reka i wciagnal do gry. No i sie zaczelo, jak sie okazalo, ze rozumiem i wiem o co chodzi.
Grali ze mna wszyscy, mowili ze fajnie fajnie. Swoje za to zaplacilam oczywiscie, ale niech maja chlopaki, przyda im sie.
Potem ich mestre mnie na ulicy kawalek dalej zaczepil i koniecznie chcial, zebym byla jego uczennica, bo mam serce do capoeiry. Udalo mi sie szczesliwie wywinac od tego nadmiaru sympatii z jego strony. Nie wiem tylko, czy moge sie teraz na Pelourinho pokazywac, bo mnie bedzie znow zaczepial...
No wiec swojego rodzaju chrzest capoeirowy tez byl. Jeszcze nie wlasciwy, ale zawsze jakis.
Oswajanie sie z realiami zajmuje sporo czasu, wiec jeszcze nie udalo mi sie dotrzec do zadnej akademii wlasciwej. Widzialam tylko Atelier da Lua Rasta, namierzylam producenta fajnych berimbaus (Magdo, Olku - juz wiem co i jak :) ).
Namierzylam szkole tanca polecana przez co po niektorych i ide sie zapisac w poniedzialek.
Bylam tez w sklepie z instrumentami i jestem zadziwiona tym, jak one sa tu tanie. Jeszcze musze namierzyc sposob, w jaki mozna je do Polski wyslac.
Pierwsza wyprawe do centrum mam wiec za soba. Calkiem jestem z siebie dumna, ze az tyle udalo mi sie zalatwic i zobaczyc, bo uwierzcie, nie jest latwo. Glupi telefon albo jazda autobusem sa dla mnie jeszcze wyzwaniem.
Byloby pewnie duzo latwiej z jakims brazylijskim przewodnikiem, ale jak na razie brak jakiegokolwiek. Mam nadzieje, ze poznam ludzi, jak juz sie ogarne i zaczne chodzic na aule capoeirowe. Juz troche zaczyna sie robic samotnie.

wtorek, 24 lutego 2009

a co do zdjec...

... to sa robione Sony Alfa 200. Zakupiona dzien przed wyjazdem, takze sie jeszcze oswajamy ze soba. Jakie sa kazdy widzi, moze za jakis czas beda lepsze :)

BRAZYLIAAAAAA

Jestem w Brazylii.
I nie wiem, co jeszcze moge napisac.
Bo troche z nadmiaru wrazen od wczoraj nie mowie za wiele. Zapewne ma na to niejaki wplyw moja srednia znajomosc portugalskiego, ale glownie to przez te wrazenia :)
Jest jeszcze cieplej. Zdazylam juz spalic sie do czerwonosci. Jest kompletnie inaczej. Pierwsze wrazenia:
przemili ludzie
slonce slonce slonce
ale jestem biala

Wszyscy sa istotnie przemili. Nie przesadzam: prze. Ide ulica i co druga osoba mi mowi "dzien dobry" mimo, ze sie nie znamy. Wczoraj kazdy kto mnie widzial z wielkim plecakiem od razu pomagal, pytal gdzie chce jechac, wsadzal w autobus, mowil kierowcy gdzie mnie wysadzic, ten mnie wysadzal, mowil komus nastepnemu gdzie jade... Niesamowite.
Pobyt w Lizbonie zakonczylam szalona jazda taksowka, a pobyt w Salvadorze rozpoczelam jazda z szalonym panem autobusiarzem. To drugie chyba dalo wiecej adrenaliny.

Jak na razie sie relaksuje, spaceruje po okolicy i powoli przyzwyczajam do warunkow naokolo, zarowno atmosferycznych jak i spolecznych.
Ale juz wiem, czemu co po niektorzy mi mowili, ze nie wroce stad.
Jeszcze boje sie wyciagac aparat, wystarczy ze jestem kompletnie biala i od razu widac, ze nie stad. Jak sie zadomowie bardziej, to cos popstrykam.

niedziela, 22 lutego 2009

trochę bałagan z tymi zdjęciami w picasie mam, ponaprawiam,popodpisuję i posegreguję przy najbliższej okazji...
a za chwilę się udaję w miasto, rozkoszować się nim po raz ostatni..
bo zupełnie nie wiem co mnie spotka jutro!! o 11 odlatuję za ocean...
jeszcze więcej zdjęć
:)
pierwsze zdjęcia

się uczę jeszcze co i jak i trochę mi nie idzie ach ta technologia

Zaczęło się od tego że zobaczyłam pod sobą chmury. Całkiem było miło. Choć surrealistycznie. Surrealizmu ciąg dalszy nastąpił, a i owszem. 4 godziny w krainie sklepów, braku cła, czekania, przechodzenia, wyświetlania. A potem pomarańcza i dwóch chłopców na lotnisku w Lizbonie. Całkiem całkiem ci chłopcy - byli barmani, uskutecznialiśmy tour de bar na Alfamie.
Musieli niestety o 4 rano wracać w śniegi. Pozdrawiam więc chłopcy ciepło i do zobaczenia w Brazylii, co?
Pierwsze wrażenia z Lizbony:
chaos
urok
wow
ciepło!